idziemy na rekord?

2

54 dni bez Tysabri, jak na razie moje samopoczucie jest świetne. Żadnego osłabienia, tak naprawdę żadnych nasilonych objawów neurologicznych. A w kwestii wzroku i pęcherza widzę jedynie poprawę. Nie pamiętam już kiedy miałam infekcje pęcherza. Ciąża działa jednak cuda. Gdyby nie to, że mam taki wielki brzuch, a przez to wstawanie z łóżka, czy zakładanie butów wymaga często pomocy, zaczęłabym mówić, że jestem zdrowa.

Dużym problemem są dla mnie wahania emocjonalne i bezsenność (chociaż z tym już jest lepiej). Nie wiem czy to kwestia przerwy w leczeniu antydepresantami i wewnętrzna skłonność do melancholii, czy kwestia hormonów ciążowych, a może po prostu sprawa trudnych okoliczności, które towarzyszą mi od początku ciąży? Często płaczę, często się boję, mam poczucie winy. Za często. I to chyba jest dla mnie najtrudniejsze w ostatnim czasie.

Im bliżej rozwiązania tym bardziej się boję. Chciałabym być cieszyć się ciążą, tym stanem oczekiwania na dziecko. Ale siedzenie w domu, zwłaszcza wtedy kiedy nie było pogody, było dla mnie katorgą. Chociaż starałam się wymyślać codziennie, cos co naładowałoby mnie pozytywnie do życia, to i tak czułam się jak kucharka i sprzątaczka i jakoś nie czułam w tym dużego spełnienia. I ta perspektywa, że musze przewartościować swoje życie, bo przecież zaraz będzie ze mną malutki człowiek, któremu poświęcę się całkowicie.

Tylko czy to przewartościowanie przychodzi naturalnie razem z dzieckiem, czy znowu ja sama muszę cos wypracować w swojej głowie?

Razem z moim porodem, moja mama ma wyznaczony termin pobrania szpiku, a zaraz po tym koszmarnie mocna chemia i autoprzeszczep tandemowy. Jej choroba jest bardzo zaawansowana, ma przerzuty. Dodatkowo w sierpniu na 2 tygodnie wyjeżdża mój mąż i zostanę sama z noworodkiem. Mam do niego o to żal, bo mógłby zorganizować się inaczej, ale tego nie zrobi, bo ma inne priorytety. D. wprawdzie obiecał mi, że znajdzie kogoś dla mnie do pomocy, ale zobaczymy czy to dojdzie do skutku. Dobrze, że są przyjaciele, którzy są w razie czego tuż obok, ale to są takie chwile, które chce się spędzić z najbliższą osobą, a nie otaczając się ludźmi z doskoku.

No i jeszcze ta niepewność, jak będzie po porodzie? Czy od razu muszę brać Tysabri, czy dam radę trochę przeciągnąć, żeby pokarmić małego piersią? Trochę ryzyko…

Ostatnie Tysabri przed

4

Od wczoraj jestem daleko od domu, w luksusowym jak na moje trójmiejskie doświadczenia, szpitalu w którym po raz ostatni przed rozwiązaniem przyjmuję Tysabri. Czuję się bardzo dobrze, dawki wchodzą we mnie jak woda. Ale faktem jest, że po 6 tygodniach przerwy (w ciąży przyjmuje lek co 6 tyg) czuję małe podgryzanie neurologiczne. Minimalnie, ale lewa strona jest jakby słabsza, nogi wierzgają w nocy, równowaga też trochę słabsza. Teraz muszę wytrzymać ok. 14 tygodni bez leku i bez rzutu naturanie :) ciekawe jak będzie? Jestem bardzo spokojna, doktor który jest dla mnie wielkim autorytetem w SM, poświęcił mi wczoraj sporo czasu, zepewnił, że co by się nie działo, będziemy szybki reagować i nawet jeśli byłyby konieczne sterydy w 3 trymestrze to mam się nie bać. Dla małego nie będą szkodliwe, a wręcz przyspieszą rozwój jego płuc (sterydy podaje się również w momencie, kiedy ma wystąpić wcześniejszy poród, żeby układ oddechowy noworodka szybciej dojrzał). Same korzyści z tego chorowania ;)

A tak na poważnie bardzo liczę na to, że ten ostatni trymestr będzie dla mnie łaskawy. Podobno wtedy jest najmniejsza aktywność choroby, wiec żdanych rzutów proszę.

Zapadła też decyzja o tym jak mam rodzić i idę jednak w cesarkę. Doktor mówi, że ma dużo więcej problemów z pacjentkami po porodach siłami natury, niż z tymi po cięciu. Ba, nawet miałam rozmowę z psychologiem w tej sprawie, która też była za tym, żebym redukowała stres. Mam tylko nadzieję, że uda mi się trochę pokarmić piersią małego, póki jeszcze nie będę z powrotem na Tysabri, żeby chociaż trochę przeciwciał dostał.

Poza tym mam burzę hormonów, cały tydzień przepłakany. Nawet głupie wiadomości, w których mówią o czyjejś traumie wywołują u mnie szloch. Nie lubię siebie takiej, kojarzy mi się to z epizodami depresji.

Wiem, że moje życie zaraz wywróci się do góry nogami. Boję się bardzo silnego zmęczenia i że w naszym małżeństwie będzie inaczej, że dziecko nas oddali. Aż mi głupio to pisać, ale mam w głowie takie myśli. Na szczęście gdzieś rozmawiając z dziewczynami, wiem że nie jestem w tym odosobniona. Z jednej strony czułam się bardzo gotowa na bycie mamą, a z drugiej im bliżej tego momentu, tym więcej obaw… prawda jest też taka, że na tym zwolnieniu mam za dużo czasu na myślenie :)

komu w duszy wiosna gra?

1

Czekam na jakieś ocieplenie klimatu, zwiastun lepszego czasu. Oj czekam z utęsknieniem. Jest pewien postęp, kalendarzowo wchodzimy w nową porę roku, a za tym w końcu pójdą kolejne zmiany.

Jestem już całkiem duża +6kg, chociaż moje dziecię waży dopiero 1 kg. Taki mały, a taki silny, widać wyraźnie jak kopie, brzuch mi podskakuje. Mam wrażenie, że pokazuje mi „mama wypuść mnie stąd”. Synku, nie pchaj się tak szybko na ten swiat. Chociaż wiem, że będziesz moim największym skarbem, radością i miłością, na razie wydaje mi się, że bycie tutaj to jedno wielkie zmaganie – powiedziała nostalgicznie mama zagryzając ogórkiem kiszonym.

I na tym koniec dzielenia się trudami i bólem. Jest go u mnie tak dużo, że mogłabym wylewać bez końca. Dzisiaj będzie czysto SMowo. Wiem, że zagląda tutaj sporo kobiet z SM. Może są wśród Was osoby, które marzą o dziecku? Może są wśród Was dziewczyny po przejściach, które boją się odstawić leczenie i tylko z tego względu rozważają rezygnację z macierzyństwa.

Myślę, że świadomie nigdy nie podjęłabym się próby zajścia w ciążę. Pragnęłam dziecka, ale panicznie boję się też nawrotu choroby i niepełnosprawności. Ten lęk jest tak silny, że byłabym raczej skłonna przekonać siebie, że nie chcę mieć dziecka, niż wypłukiwać z siebie lek i zachodzić w ciąże z nadzieją, że przez najbliższe 9 m-cy SM nie zetnie mnie z nóg.

Nie wiem czy to, co się wydarzyło w moim małżeństwie można nazwać „wpadą” :)? Tak chyba nie wypada mówić w naszym wieku i z naszą świadomością życia. Na pewno nie możemy też powiedzieć o świadomej decyzji o poczęciu.

Wracając jednak do kwestii leczenia.  Przetrzepałam anglo- i niemiecko-języczny Internet w temacie, konsultowałam też decyzję z kilkoma lekarzami, którzy raczej ostrożnie podchodzą do tematu leczenia w trakcie ciąży. Ostatecznie jestem na Tysabri do 29 tygodnia ciąży, przy czym wydłużam przerwy między kolejnymi dawkami do 6 tygodni. To jest podejście zalecane w Niemczech, w Kanadzie i w wielu innych bardziej cywilizowanych krajach niż Polska u kobiet z wysoką aktywnością choroby. W ostatnim trymestrze Tysabri trzeba koniecznie odstawić, bo może wywołać zaburzenia w morfologii.

Wszystkie badania mam na razie w normie. Robiłam prenatalne i ryzyko wystąpienia wad genetycznych mam 1:22000, a więc znikome. Mały rozwija się prawidłowo na to, co możemy zbadać w tej chwili.

Odstawiłam wszystkie pozostałe leki, czyli antydepy, przeciwlękowe (Trittico, dzięki któremu mogłam spać) + na pęcherz (dolegliwości z pęcherzem ustąpiły częściowo w trakcie ciąży, więc tu nie ma bólu). Od 24 tc jestem już na zwolnieniu w pracy, chociaż nie jest tak, że nic nie robię – wciąż mam siły, ale inwestuję je w mamę, przygotowania do przyjścia na świat małego i rehabilitację.

Najciężej jest mi chyba z odstawieniem Trittico, przyjmowałam je na noc od 2014 roku. To był mój wytrych do szybkiego zasypiania i przesypiania całej nocy. Prawdą jest to, że rano ciężko mi się wstawało, zawsze tego snu było za mało, ale zanim zaczęłam je brać nie spałam wcale. Wróciły bezsenne noce po odstawieniu. Teraz już zasypiam, ale sen mam przerywany, nie mogę wypocząć, a tak bardzo chciałabym – na zapas, żeby było na później. Z drugiej strony można powiedzieć, że już hartuje się na bezsenne noce z dzieckiem.

Poza tym ustąpiły trochę problem z pęcherzem, nadal mam nietrzymanie moczu, ale nie jest już tak obfite jak wcześniej. Nie mam też jak na razie infekcji pęcherza, a do niedawna miałam je co miesiąc, po każdym podaniu leku. Także to jest na plus. A teraz kończę pisanie, bo mężu wrócił z pracy i czas dla nas. Wrócę jeszcze do tematu :)

Koniec sielanki

4

jeśli kiedykolwiek był jej początek?

Nie wiem czego Bóg mnie chce nauczyć w życiu, nie wiem czemu ta nauka jest tak brutalna.
Ledwo oswoiłam lęk związany z ciążą i opieką nad noworodkiem (częściowo oswoiłam), a dostałam kolejną wiadomość.

Moja mama ma zaawansowanego szpiczaka mnogiego. Wiem to od dwóch tygodni. Nagle, bez urazu, bez powodu doznała złamania kompresyjnego kręgosłupa w odcinku Th5. Do tego doszedł obłędny ból żeber. Dwukrotnie zabierało ją pogotowie, nie mogła oddychać z bólu. Raz uznali, że wszystko jest ok – nerwica. Drugi raz zatrzymali ją w szpitalu i uznali, że złamanie jest z przyczyny osteoporozy, a po 3 dniach, mimo moich próśb o dalszą diagnostykę, oddali mamę w stelażu do domu. Jak się pani nie chce mamą opiekować to proszę szukać pomocy gdzie indziej – szpital to nie dom pomocy społecznej – usłyszałam.

Osteoporoza w wieku 54 lat? Trochę dziwne, trochę smutne, ale stwierdziłam, że damy radę. Jak to nie damy, my? Wizyta u ortopedy wg zaleceń ze szpitala. W między czasie pogotowie było dwa razy, bo przeciwbólowe nie dawały rady. Oprócz tego na własną rekę robiliśmy badania TK. I tak woziłam mamę ze złamanym kręgosłupem po badaniach… Poszlismy do ortopedy z wynikami i był pierwszy kubeł zimnej wody na głowę – to na pewno nie osteoporoza – to przerzuty raka, trzeba znaleźć zródło.

Drugi kubeł zimnej wody, w żadnym szpitalu nie ma miejsc. Zadzwonimy jak cos się zwolni. Po daleki znajomościach udało się mamę w końcu przyjąć po 2 tygodniach. Trzeci kubeł zimnej wody – uszkodzone są nerki – nie można wykonywać żadnych badań z kontrastem, wkucie centralne i dializy. Czwarty kubeł – diagnoza szpiczak mnogi zaawansowany.

Boli. Tak strasznie boli dlaczego ta diagnoza teraz? Mama tak się cieszy z pierwszego wnuczka, a boję się, że będzie się nim opiekować z góry. Ale ma cel, musi walczyć. Planowałyśmy, że po porodzie zamieszkam z nią na pierwsze dwa miesiące. Chciała zrobić pokój dla małego, chciała mi pomagać. Już wiadomo, że nie będzie mogła. Ma tak przesiane kości w obrębie klatki piersiowej, kręgosłupa, obojczyka, a nawet czaszki, że pewnie nie weźmie go na ręce. Piszę to i łzy ciekną mi ciurkiem.

Mama mówi, że mam się  nie martwić, już nigdy nie będę sama. Będzie ze mną moje malutkie szczęście. Boże… a ja jej nawet nie będę miała jak pomagać, jak będę sama wykończona porodem, albo zaawansowaną ciążą.

Mama ma dom na Kaszubach, kocham to miejsce. Teraz trzeba je szybko sprzedać i kupić cos w miescie, bo jak tu cokolwiek ogarnąć na odległość. Sprzedać szybko dom? Dobre nie… Mama ma męża, który jest nieobecny i nie pomoże. Ja też mam tak samo nieobecnego męża i dlatego tak bardzo jej potrzebowałam. Jestem od dwóch tygodni cieniem siebie.

Gdzieś w środku puszczy

6

Odpoczywamy z siostrą w magicznym miejscu, w środku lasu, przy jeziorze. Jest dobrze i spokojnie. W końcu, bo ostatnio świat stanął do góry nogami. Serce mi urosło, a po chwili mało mi nie pękło z bólu.

Dwie kreski – radość, szaleństwo, wdzięczność, strach, samotność, ból, zmęczenie, pretensje, słabość, brak zrozumienia.

Wszystko się zmienia tak szybko. Czy za szybko? Może, a może wlaśnie w swoim czasie? Nie wiem.

Wiem, że myślałam o tym obsesyjnie, ale gdyby to nie było dla mnie to przecież nie udałoby się , prawda? Będę musiała się zmierzyć ze swoim ciałem i możliwościami. Niebawem odstawiam leczenie i to jest fakt. Chciałabym mieć jakieś dodatkowe wsparcie, tego potrzebuje, a tymczasem tego wsparcia będzie najprawdopodobniej mniej.

Są takie momenty w życiu, przez które człowiek przechodzi całkiem sam i trzeba je wziąć na klatę. Boże proszę bądź ze mną jeszcze bardziej, jeszcze mocniej niż zawsze, bo się boję. Już nie jestem odpowiedzialna tylko za siebie.

ja-żona

4

Ja D. obrałem sobie za żonę Ciebie i ślubuję przed Bogiem oraz w obecności zgromadzonych tutaj  świadków, że będę Cię kochał, dochowam Ci wierności małżeńskiej, będę Cię szanował i pielęgnował w chorobie, nie opuszczę Cię w chwilach szczęścia i nieszczęścia, dopóki nas Pan Bóg przez śmierć nie rozłączy.

Było pięknie, wzruszająco, elegancko i wesoło. Naprawdę nie mogłam sobie wymarzyć lepszego ślubu i wesela, a przede wszystkim męża :D!! Przez kilka dni unosiłam się ponad chodnikami po tym jak stałam się żoną. Bardzo go kocham. Wiem, że to na niego czekałam. Mimo, że dogoniło nas już zwyczajne życie, z pracą, sprzątaniem i gotowaniem na czele – jestem szczęśliwa i spełniona i wiem, że żaden inny mężczyzna nie dałby mi tego.

 

czołem!

9

Kilka razy wpisywałam hasło do bloga, żeby trafić na właściwe. Nie było mnie trochę. I nawet zastanawiałam się, czy jest jeszcze sens publikowania jakiś postów. Blog był mocno związany z chorobą i trudnym czasem, ale z drugiej strony czuję obowiązek społeczny, żeby poinformować Was, że wszystko u mnie ok :) że z SM da się, nawet po 11 latach i różnych przebojach.

Ostatni wpis był w czerwcu tuż przed remontem. A później nastąpiło wielkie TĄPNIĘCIE. Pewien budowlaniec próbował mnie oszukać. Oddał mi zrobione mieszkanie, tylko bez prądu :) bo przebił kabel. Zaczęła się wojna, włącznie z policją i różnymi nieprzyjemnymi akcjami. Z nadmiaru atrakcji dostałam rzutu lipiec/sierpień. Po raz pierwszy miałam podwójne widzenie i oczopląs. Czułam się mocno pogubiona przez to, że wzrok mi latał gdzie chciał. Szpital, sterydy. Sił na walkę z mieszkaniem coraz mniej.

D. i przyjaciele mnie przez to przeprowadzili. Później 1,5 miesiąca byłam na zwolnieniu, a ze wzrokiem problemy ustabilizowały się właściwie niedawno. Odchorowałam mocno to, co się działo. A działo się kilka przełomowych rzeczy – nowe mieszkanie i remont – zmiana systemu w firmie i rozbrajanie mega problemu, który o mało nie wysadził mojej firmy w powietrze – wchodzenie w związek już na poważnie. I część z tych rzeczy jest wspaniałych i dobrych – nic tylko się cieszyć :) ale jak przyszło wszystko na raz to oczka oszalały.

Także niestety dalej mam SM, wolna od rzutów też w 100% nie jestem mimo ciągłego leczenia Tysabri, ale przyjmuję to na klatę i modlę się, żeby Bóg mnie prowadził w tym wszystkim.

Dzisiaj wyszłam po raz pierwszy na rower po 1,5 rocznej przerwie. Zeszły sezon przez atrakcje ze zdrowiem i mieszkaniem poszedł na marne, a tu proszę - od niechcenia 30km za pierwszym podejściem. Chociaż jeszcze mi wszystko drży i dlatego stwierdziłam, że mogę pomarnować więcej czasu przed kompem ;) ale forma nie jest najgorsza.

Moi Drodzy, powoli żegnam się z moim stanem panieńskim :) taaak, stało się, stanęło, nie ma co przeciągać, bo ten pan i ta pani tak bardzo się pokochali i nie ma co przedłużać.

Dużo Wiary Wam życzę, bo ona prawdziwie góry przenosi, do usłyszenia… kiedyś :)

urorehabilitacja – zaczynam eksperyment

7

hej-ho! w poniedziałek 22-06 mam termin odbioru mieszkania. Wohooo! Tyle czekania i nareszcie się zacznie, a właściwie niebawem się skończy – wynajęte mieszkanie, przejściowe naczynia, poczucie tymczasowości.

Mam ostatnio słabszy czas jeśli chodzi o SM. Mamy reorganizacje w firmie, zmiana oprogramowania, która jest wdrażana od lutego, awans od maja i remont w firmie od czerwca. To jest prawdziwe piekło. Ostatnie dwa tygodnie wracałam do domu po 11 godz. pracy. Wiem już, że w moim przypadku to jest nieporozumienie. Zrobiłam się sztywna jak kołek, obolała, źle śpię i każdego ranka mam wrażenie, że nie dam rady się już podnieść.

Czeka mnie trudna rozmowa w firmie. Nie mogę zgodzić się na nadgodziny.

Od dłuższego czasu nasiliły się też problemy z pęcherzem. Znacie to? Przychodzi mega parcie, mam 3 sek na ściągniecie gaci – albo będzie powódź, albo uda się zatrzymać z tym, że zblokuje się wówczas na kilka godzin.

Byłam wczoraj u poleconego lekarza. Facet ma trzy specjalizacje urolog/ginekolog/seksuolog. Wizyta trwała przez 3 godz. żaden lekarz nie poświecił mi nigdy tyle czasu. Miałam wykład z tego jak działają mięsnie dna miednicy, wszystkie zwieracze i pęcherz. Później bardzo szczegółowe badanie. Kompletnie bezbolesne, biorąc pod uwagę fakt, że prawie wywinął mnie na drugą stronę.

Poryczałam się jak bóbr na fotelu lotnika, kiedy dr na kamerze pokazał mi jak chore są moje mięśnie i pęcherz. Lewa strona całkiem spastyczna, nie rozkurcza się, a prawa kompletnie porażona nie reaguje. Zobaczyłam w sobie znów chorobę - poważną chorobę, którą tak często lekceważę pędząc przez życie. I tak bardzo zrobiło mi się siebie żal. I tak bardzo chcę się zająć znów sobą.

Leczyłam się wcześniej urologicznie, ale to leczenie sprowadzało się do zwalczania infekcji, które pojawiają się teraz czasem 2x w m-cu + Prostamnic, po to, żebym w ogóle mogła wysikać się rano.

Co więcej, byłam świadoma, że cos jest ze mną mocno nie tak w tej kwestii, ale w związku z brakiem faceta, kompletnie to zignorowałam. Dla przykładu, żeby cos się zadziało w toalecie muszę napierać rękoma mocno na podbrzusze. Jak się okazało zbyt mocne naciskanie i nieumiejętnie jest bardzo niedobre, bo pod takim ciśnieniem mocz wtłaczany jest z powrotem do nerek i może wywołać poważne zapalenie.

Po powrocie do zdrowia od rozpoczęcia leczenia Tysabri nauczyłam się już chodzić, nauczyłam jeździć na rowerze, trochę biegać, a teraz muszę się jeszcze nauczyć normalnie sikać.

Doktor twierdzi, że jest to jak najbardziej możliwe i przedstawił mi pewną wizję. Przede wszystkim rehabilitacja urologiczna z elektrostymulacją + nauka rozluźniania mięśni. Mam się przygotować na miesiące pracy. Jeśli to się uda, kolejny etap ostrzyknięcie botuliną. Bardzo chcę się tego podjąć, tym bardziej dlatego, że rozluźnienie mięśni i nauka prawidłowego sikania to warunek, żebym utrzymała ciążę. Przy tym co jest teraz dr wróży niestety poronienia :(

A ja coraz bardziej marzę o ślubie z D., upojnym seksie, a później jak się nacieszymy sobą, o dzieciaczku – takim kochanym łobuziaku :)

Ciekawe… może kiedyś?? W końcu marzenia się spełniają.

Z drugiej strony jestem pogodzona z wieloma rzeczami. Obca jest mi kompletnie kampania Fundacji Mamy i Taty „Nie zdążyłam zostać mamą”. Mam 29 lat i dopiero teraz powolutku dojrzewam do tego, że mogłabym opiekować się dzieckiem. Mogłabym obdarzyć je miłością i opieką, poświęcić się dla nowego życia. Nie wolno się z niczym spieszyć.

zdążyłam

przyszła wiosna

1

i wreszcie się zakochałam.  Trochę trzymam to wszystko dla siebie. Nie chwalę się, przeżywam i pielęgnuję to, co mnie spotkało.

Warto było pobyć samej, warto było czekać i trochę pocierpieć.  Mam cudownego faceta. Kocham go i jestem kochana.  To jest ten cud, na który tak bardzo czekałam. Oboje jesteśmy po przejściach i wiemy czego chcemy w życiu.  Bardzo silnie łączy nas świadoma wiara i budowanie relacji z Bogiem. Jesteśmy jednego wyznania. Kocham go za jego wrażliwość, czułość, zdecydowanie, dowcip, troskę, odpowiedzialność. Poza tym fizycznie bardzo mnie kręci, co jest problematyczne przy pewnych postanowieniach :) Poza tym po prostu bardzo się lubimy, jakoś tak normalnie i naturalnie to wszystko się dzieje. To jest facet, który mnie pociąga, ale też po prostu chcę z nim spędzać tak zwyczajnie czas, rozmawiać, być obok.

Tyle elementów na raz tak pięknie się zgrało, nie mogę wyjść z zachwytu. I jestem tak bardzo wdzięczna Bogu. Mam w sobie spokój. Ufam mu. Mam poczucie, że za rok zostanę jego żoną. Nagle zaczęło się dla mnie zupełnie nowe życie. We dwójkę. Czasem mam takie momenty, że nie wiem jeszcze jak to poukładać. Siła przyzwyczajenia do decydowania tylko o sobie daje się we znaki. Lubię tą swoją wolność, przyzwyczaiłam się do niej, ale teraz jesteśmy my. I chcę z tego zrezygnować, chcę nauczyć się być razem z nim.

Przeprowadził się już do mojego miasta, a jeszcze miesiąc temu dzieliło nas 470km. Szybko podjął decyzję, bardzo mi zaimponował, bo zaryzykował. Wie czego chce i to pokazuje. Jest zaradny, jest kochany.

Wczoraj byłam na podaniu leku. 4 lata temu w maju 2011r. zaczęłam leczenie Tysabri. Nie wiem po której jestem dawce, ale 50 wlewów na pewno już przekroczyłam. Zawsze jeździłam na podania leku sama. Zaczęło to być dla mnie sporym wysiłkiem ostatnio. Cyrk w szpitalu jest nieziemski. Najpierw na oddział po skierowanie, później  na przyjęcia planowe do budynku oddalonego o 0,5km pod górę, tam kolejka, później znów na oddział i czekanie na podanie. Do tego jeszcze walka o miejsce parkingowe i najczęściej długi spacer od i do samochodu. On chce być ze mną jak tylko może. Był wczoraj. Mogłam się o niego oprzeć, przysnąć. I przez całą godzinę kroplówki mnie głaskał. I poczułam się jak w niebie :) schodzi ze mnie ciśnienie, nie muszę być już Zosią-samosią. Oprócz ulgi i błogości wychodzi ze mnie też potężne zmęczenie. Czuję całe dwa lata walki o siebie w każdej części mnie. Bolą mnie mięsnie, szybko się męczę. Pozwoliłam sobie być słabsza, bo jest on, bo przy nim jestem bezpieczna. Za miesiąc odbieram klucze i zaczynam wykańczanie mieszkania. Tak dużo się dzieje. Wierzę, że wrócę jeszcze do lepszej formy, będę silniejsza, ale teraz jest właśnie tak i wcale nie jest mi z tym źle.

nowe idzie :)

2

coraz dłuższy dzień, inne powietrze, inne niebo, zaczynam spacerować i przeczuwam duże, realne zmiany. Właściwie część z nich już się zadziała, chociaż na razie w sferze prawno-papierkowej. W styczniu nabyłam chatę :)!! W dniu moich 29tych urodzin podpisałam cyrograf na 30lat. Chyba zaczęło się dorosłe życie. Dawałam sobie czas do 30stki, ale ostatnio coraz częściej zaczynam myśleć o sobie już jako o kobiecie, nie dziewczynie.

Walka o to mieszkanie trwała od czerwca 2014r. I udało się, bez poręczycieli, bez żadnych kombinacji, chociaż przećwiczyli mnie bardzo mocno jeśli chodzi o potwierdzanie zdolności kredytowej. Przed wakacjami dostanę klucze i zacznie się prawdziwa wojna wykończenie mieszkania. Jak mam być szczera nie wiem czy starczy mi kasy. Musiałam zwiększyć wkład własny, tego bank zażądał tym samym mam znacznie mniej na wykończenie. Będzie zrobiony porządnie kibel i wystarczy ;) mieszkałam w sutenerze, teraz mogę dla odmiany wprowadzić się w beton. Zrobię porządnie łazienkę, podłogi, przez jakiś czas mogę jeść w pracy/na mieście, spać na podłodze, pomywać w umywalce, byleby już być na swoim.

Równolegle z mieszkaniem poznałam D. Po prawie dwóch latach od rozstania z byłym jestem w nowym związku. To wczesne początki, poznajemy się, staram się nie snuć wizji, chociaż ciężko tego nie robić, skoro poznajemy się w określonym celu. On jest facetem, który poważnie szuka drugiej połowy. Żadnych zabaw, żadnego owijania w bawełnę. Bardzo otwarcie rozmawiamy o wielu rzeczach. Jest po przejściach, tak jak ja. Chyba nas to trochę zbliża. Chociaż to jeszcze wcale nie jest gwarancją happy endu. Zadziało się COŚ. Kliknęł0, tak jak nie klikało wcześniej. A co najważniejsze – to jest wierzący facet w dodatku mojego wyznania!

Podobno się zmieniłam. Jestem bardziej spokojna, wyważona, łagodna i uśmiechnięta. Czy tak się czuję ;)? Chyba nie do końca. Dzieje się dużo na raz. Brakuje mi czasu i czuję się na okrągło zmęczona. Standard.


  • RSS