Nowy adres bloga http://goahead2.blox.pl

1

Trochę żal mi tej platformy, adres bloga zniknie z dniem 31.01.2018. Będę wrzucać notki pod nowym adresem http://goahead2.blox.pl

Jeny taka historia jest tu zapisana. Niby mam instrukcje jak skopiować wszystkie wpisy, ale kompletnie brak mi czasu, żeby się tym zająć. Pewnie zapiszę całą historię w jakimś pliku, ale czy uda mi się to później podpiąć pod nowy adres?

Cierpię ostatnio bardzo z powodu braku czasu dla siebie. Mały coraz mniej śpi, mąż dużo więcej pracuje, a ja mam wrażenie, że jadę na oparach sił. Nie mam czasu na rehabilitację, nie mam czasu na fryzjera, już nigdzie nie wychodzę bez dziecka i powoli mam dość.

Niedoczas

3

Dziękuję za życzenia, wszystkie miłe świąteczne wpisy. Chciałam być pierwsza, pożyczyć coś od serca, ale przed świętami był ogień totalny.

Miło mi było zobaczyć słowa od Was. To jest takie moje kameralne anonimowe miejsce zwierzeń ale, że nie przepadam za samotnością, tym milej widzieć, że jesteście tu ze mną.

Te święta byly wyjątkowe. Mój póroczniak jest totalnie rozkoszny. W Wigilię tak się podniecił choinką, nastrojem, zabawami z rodziną, że zasnął dopiero o północy. Śmieszny mały ptysiu. Wokół nas tyle rąk do noszenia, że od dobrego tygodnia nie bolą mnie w ogóle plecy!

Oprócz tego przywieźlismy mamę po drugim przeszczepie. Nie jest za wesoło. Jest bardzo słaba. Musiałam znaleźć dla niej opiekunkę. Nie jestem w stanie jej pomóc z małym. Do tego babcia przewróciła się nam na 2 tygodnie przed Wigilią, rozbiła głowę. Nie była w stanie się podniesc i otworzyć sama drzwi, zrobiła to za nią straż pożarna. Za dużo tych traum dookoła.  Trochę zazdroszczę ludziom, którym żyje się lekko. Czemu trochę, bo w gruncie rzeczy kocham to życie, które dostałam, ale chciałabym, żeby było w nim więcej np. radosnego oczekiwania na pierwsze Święta Bożego Narodzenia z moim dzieckiem, zamiast dylematów jak ogarnąć własną matkę. Do tego dochodzi sporo żalu, bo kiedy ja bardzo potrzebowałam pomocy, to zostałam z tym sama. Matka pracowała, albo nie pracowała, wszyscy byli czymś zajęci i największą pomoc dostałam tak naprawdę od ludzi spoza rodziny.

To nie powinien być czas na pretensje, ale zastanawiam się dlaczego próbuje mnie wpędzać w poczucie winy i obowiązku, jeśli sama specjalnie z niczego się nie wywiązała. Zbiera mi się na wyrzyg.

na urlopie… macierzyńskim oczywiscie ;)

4

Siedzimy w domu. Brak słońca, szmata na niebie i dużo, dużo deszczu. Głęboka jesień w Polsce i uroki macierzyństwa. W ramach atrakcji pojechałam wczoraj do firmy. Mały ryczał jak opętany. Obskoczyli go wszyscy i się wystraszył. Największy lament zrobił na widok prezesa. Wie chłopak jak się sprzedać. Mimo, że codziennie wpajam mu dobre maniery wyszło jak zwykle ;)

Chociaż rutyna i zmęczenie czasem mnie dobijają, upajam się tym, że mogę być z nim w domu. W ogóle trochę nie umiem sobie wyobrazić powrotu do pracy. Tego tempa i małego dziecka. Tego, że to jego będę musiała dopasowywać do rytmu dnia, a nie rytmu dnia do jego potrzeb. Nie jestem jedną z tych mam, które jak lwice bronią rodzicielstwa bliskości, łóżka rodzinnego, karmienia piersią do 2 r.ż. i nauki wg Montessori. Zwyczajnie i intuicyjnie czuję, że roczny maluch jest jeszcze o wiele za mały do tego, żeby go zostawiać go w rękach babci (daj Boże!) na ponad połowę dnia. Chociaż babcia cieszy się dobrym zdrowiem i sporymi siłami, nie sądzę, że będzie tak nadążała. A jak mi go przekarmi, to chyba rzucę pracę ;)!!

Może będzie inaczej jak on już będzie miał rok? Jestem ostatnio bardzo zmęczona. Styrana fizycznie. Mały waży już 8,5 kg i jak go noszę to wyrywa mi ręce. Mamy cyrki ze spaniem. Potrafi budzić się w nocy co pół godziny. Teraz doszło jeszcze to, że 1,5 godziny trwa usypianie, wtedy kiedy najbardziej na świecie marzę już o tym, żeby mieć chwilę dla siebie. Ostatnio mąż poszedł spać do drugiego pokoju i jak jestem z nim w łóżku, to jest dużo bardziej spokojny. Chyba lęk separacyjny. Z niewyspania zrobił mi się problem z widzeniem. Wolno koncertuje wzrok na jakimś przedmiocie, znów miałam podwójne widzenie. I jak sobie pomyślę, że miałabym do tego dorzucić jeszcze pracę zawodową, to… nie ogarniam!

Podziwiam ludzi, którzy decydują się na małą różnicę wieku u dzieci. To fajne dla rodzeństwa, ale ja z moją o 9 lat młodszą siostrą też się świetnie dogaduje ;) a nie wyobrażam sobie opieki nad dwoma małymi szkrabami.

Moja mama jest na drugim autoprzeszczepie szpiku. Będę miała przyjemność odebrać ją z drugiego końca Polski już niebawem, co wiąże się z zostawieniem małego na dwa dni.  Dużo się dzieje, ale mam nadzieję, że najgorsze mamy za sobą i na trochę odetchniemy niebawem od szpitali i jeżdżenia. I poczujemy świąteczną atmosferę z naszym Maluchem i zatrzymamy się na chwilę. Tego i Wam życzę.

Niewyspana

1

Czas dla mnie, 1,5 godz. drzemki małego. Nie wiem za co się zabrać. Sprzątać chatę (nie, na to nie mam totalnie siły), czy zrobić opłaty (nuuuda!), wykonać kilka zaległych telefonów, a może wreszcie usiąść do książki o Wandzie Rutkiewicz, która już w prologu sprawiła, że miałam gęsią skórę? Dzisiaj wygrał blog :) drzemki na szczęście są codziennie, więc kiedyś nadrobię pozostałe rzeczy. Mój błogosławiony czas wytchnienia od dziecka.

Uwielbiam go, jest coraz bardziej rozkoszny, kontaktowy, bardzo radosny. Taki wymarzony synek. Ma już skończone 4 miesiące. Ostatnio odkrył zabawę nie-ma-nie-ma-jest! Naciąga wszystko na główkę i czeka aż zacznę go szukać i wołać, żeby się pokazał, a później się odkrywa. Robi to z wielką niemowlęcą radochą i w spazmach śmiechu. Poświęcamy mu bardzo dużo uwagi, życie rodzinne kwitnie. Teraz rozumiem, że kobieta podświadomie wyczuwa idealnego kandydata na ojca swoich dzieci. Mąż się sprawdza ;) a przecież przez tyle lat żyłam w przekonaniu, że rola mamy zupełnie nie jest dla mnie.

To nie choroba była największą przeszkodą, tylko facet, który nie brał odpowiedzialności za życie. Dzisiaj mam jeszcze dłuższy staż choroby, niż wtedy kiedy byłam z byłym. Jedne rzeczy bardzo się poprawiły, inne pogorszyły. Powiem szczerze, są dni kiedy PADAM NA RYJ. Dźwiganie i niewyspanie (mały od 3 m-ca wybudza się średnio co 2 godz w nocy) dają mi solidnie w kość, ale za nic tego nie zamienię. Żałuję tylko czasem, że na jednym dziecku poprzestaniemy, takie ładne nam wyszło ;)

Pojawiła się nadzieja, że teściowa przeprowadzi się do Gdyni za jakiś czas, a ona cudownie zajmuje się małym. Chciałaby przy nim pomóc kiedy wrócę do pracy. Ta wiadomość dodała mi skrzydeł. Widzę jak czas zasuwa, słyszę ile kasują nianie za opiekę – w sumie się nie dziwie, bo to ciężka orka. Kocham być z moim synkiem, ale czuję też potrzebuję wyjść z domu. 3/4 etatu byłoby idealnym rozwiązaniem i to jest mój plan na powrót do pracy. Wyobrażam już sobie jak będzie pięknie ;)

Dzisiaj nawet wyjazd do szpitala na podanie leku, to jest dla nas kombinacja. Mąż musi zostać w domu, a że ma własną firmę i telefony urywają się przez cały dzień, rzeźbi jak może żeby ogarnąć małego i wszystko dookoła. Ja w stresie pędzę do szpitala. Nie ma czasu na szukanie miejsca parkingowego, więc zatrzymuje się gdzie popadnie. Rzucam kartę ON z nadzieją, że straż miejska się zlituje. W Gdańsku do litościwych raczej nie należą, bo mam już kilka mandatów do opłacenia. Później bieg na oddział, bieg żeby założyć historię choroby, z powrotem na oddział. Następnie subtelnie dręczę pielęgniarki lekarzy, kiedy w końcu dostanę…

Zdarza się czasem tak, że w całym szpitalu zepsują się drukarki i pani doktor mówi, że leku nie podamy, bo nie można podpisać zgody. Jak się okazuje, zgody nie można napisać odręcznie, bo procedura mówi, że ma wyjść z drukarki z programu i choćby stanęła na rzęsach nie ma dyskusji. Mogę sobie wówczas przyjechać następnego dnia ponownie. I mój mąż ponownie musi siedzieć w chacie.  Piękne prawda!

Tysabri jest dla mnie na pewno nadal bardzo skuteczne, ale powtarzanie tego cyrku co 4 tygodnie zaczyna mnie przerastać. Wiem, że na horyzoncie jest Ocrelizumab i Kladrybina. Zobaczymy. Szczególnie Ocrelizumab wydaje się być interesujący. Rejestracja w Szwajcarii już jest, zaraz będzie EMA, no i może za jakieś 7 lat refundacja w Polsce, kiedy moje dziecko będzie już w szkole i swietlicy ;) heh, no miejmy nadzieję, że trochę szybciej pójdzie. A tymczasem pozdrawiam Was cieplutko, czas drzemki dobiega końca!

2

Syneczku Kochany, rośniesz jak na drożdżach. Dzisiaj spakowalam wielką torbę ciuszków z których już wyrosłeś. Trochę mi się łezka zakrecila, kiedy odkładam Twoje ciuszki ze szpitala, po Twoich narodzinach. One i tak były na Ciebie za duże, a teraz jestes juz dwa razy większy Pewien etap juz jest za nami. Kocham Cię obłędnie, chociaż jestem wymeczona do granic. Masz teraz skok rozwojowy i budzisz się w nocy co godzinę, a jeszcze chwile temu, oczami wyobraźni widziałam jak przesypiam całe noce, po tym jak w wieku 2 mcy zacząłeś budzić się tylko raz na jedzenie o 3:00 rano. Bardzo bolą mnie plecy, a Ty uwielbiasz być na rączkach i jak się do mnie uśmiechasz i mnie wolasz, to nigdy nie odmawiam zaczęła Cię wkurzać chusta, chcesz mieć niczym nieskrepowane ruchy, bo przecież zawsze można mamie pociągnąć z czola w nos.

Od tygodnia nie ugotowalam obiadu ani razu, dobrze ze tata ma miejscowe na mieście i nam przywozi. Ale i tak kocham Cię najmocniej na świecie, nawet gdy ulewasz, wrzeszczysz i nie dajesz spać, jesteś mój skarbek ukochany, wystarczy jeden Twój uśmiech i jestem miękka.

Na szczęście po rzucie juz nie ma śladu, wróciło mi czucie w dłoniach do normalnosci, sterydy zrobiły dobra robotę, mogę Cię nosić. Mogę wkładać i wykładać wózek z bagaznika, tak żebyśmy mogli spacerować w ładnych miejscach. Mogę dźwigać Cię w foteliku do samochodu, który jest super ciężki i nieporeczny. Mogę wiele rzeczy. Teraz zamykam oczy Synku i przytulam się do Ciebie, bo jak nie ma Taty to śpimy w jednym lozku i liczę na Twoja łaskawość dzisiejszej nocy. Kocham Cię mała Mordko ♡

Po wakacjach

4

Cudowne wakacje za nami. Mimo, że mam w domu 2-miesięcznego bobasa daliśmy radę wykorzystac 2-tygodniowy urlop męża na maksa.

Do akcji wkroczyły dwie babcie i baaardzo mnie odciążyły. Odsypiałam ile wlezie. Zapomniałam już czym byla bezsenność. Po całym dniu ogarniania małego zasypiam w minutę. Sen jest przerywany co 3 godz. ale dzięki babciom, o 7:00 przekazywałam małego i dosypiałam. I to już było bardzo dużo :)

Nie mam teraz dużych wymagań, jeśli mogę przespać 7 godz i ktoś trochę ponosi za mnie małego, to już wypoczynek :) babcia brała małego na spacerki, a ja padałam jak kłoda na leżaku i łapałam energię słońca.

Tuż po wichurach spędziliśmy też magiczne 5 dni na Kaszubach, bez prądu i ciepłej wody. Niesamowity czas, bez tabletów, Facebooka i innych zagłuszaczy. Byliśmy w 100% dla siebie, przy świetle kominka i świec, z grzaniem wody w garach na kuchence gazowej. Wichury na Kaszubach zrobiły straszne zniszczenia, w pierwszej chwili nie wierzyłam, że damy radę z małym w takich warunkach, a po jednym dniu okazało się, że jest cudownie. Naładowaliśmy się rozmowami, żartami i wspólnymi zabawami. Dom mojej mamy na znów odżył. Na codzień mama jest w nim sama, a my zwaliliśmy się do niej 6-osobową ekipą. I było komu nosić małego i moja mama miała masę zastępczych tematów, niż myślenie o zbliżającym się przesczepie szpiku, który będzie miała 31.08.

Tymczasem na Kaszubach zaczęłam mieć problem z prawą dłonią, sztywność, zmienione czucie. Miałam nadzieję, że kolejna dawka Tysabri wyciszy objawy, ale tak się niestety nie stało. Jestem dzisiaj po 1szej dawce Solu-Medrol. Zorganizowałam pielegniarkę do domu, żeby nie rozstawać sie z małym. To nie jest mocny rzut, nadal mogę zrobić wszystko przy dziecku, ale mam spory dyskomfort i czuję, że moje ręce są dużo słabsze niż normalnie. Nie chciałam już czekać i ryzykować, że objawy się wzmocnią. Nie widzę też sensu w braniu sterydów doustnie, od dłuższego czasu nie przynosi to żadnych efektów w moim przypadku.

No i siedzę teraz taka zakręcona z trzecim kubkiem kawy. Lekko mnie ta kroplówka przetrąciła.  Dobrze, że mały śpi i mąż niebawem wraca z pracy, ale damy radę. Grunt, żeby zdławić dziada SMa jak najbardziej :)

co mi w głowie piszczy?

5

coraz pewniej czuję się z w nowej roli. Synek zmienia się w rozkosznego niemowlaczka. Mamy pierwsze świadome uśmiechy i czuję jak mi serce rośnie, jak się przy nim rozpływam. Kolki ustąpiły i budujemy sobie naszą nową rzeczywistość. Sporo wychodzimy, mały lubi jeździć w samochodzie, więc pierwsze wypady na Kaszuby i Półwysep Helski już za nami :)

Jestem po pierwszej dawce Tysabri. Nie przeżyłam zwyżki mocy, na którą liczyłam przy ostatnim wpisie. Kroplówa spłynęła, a jeśli chodzi o moją formę, kolejne dni są dość podobne do poprzednich. W szpitalu odebrałam wyniki rezonansu, mam dwie nowe zmiany w mózgu jedna 5,5mm druga 3,5mm, więc niewielkie, ale to niestety dowód, że choroba jest cały czas aktywna i była w trakcie ciąży. 4-miesięczna przerwa w Tysabri sprawiła, że cos tam się zadziało. Ogromnie cieszę się, że mogłam leczyć się do 6 m-ca ciąży. Obawiam się, że w moim przypadku dłuższa przerwa w leczeniu oznaczałaby dużą aktywność choroby i utratę sprawności.

Obie zmiany w mózgu są aktywne, ale doktor twierdzi, że kolejne dawki Tysabri powinny wyciszyć proces zapalny. Co ważne, nie mam nowych objawów neurologicznych, także nie biorę na razie sterydów.

Od dwóch dni śpimy po 9 godzin! Oczywiście noc jest co 3 godz. przerywana na karmienie, ale mały tuż po opróżnieniu butli zamyka oczy, podnosi łapki i odpływa w krainę mlecznych snów. I tak obłędnie pachnie niemowlaczkiem… aaa, jest do zjedzenia ;)

Ja pomimo tego wyspania czuję się wyczerpana fizycznie, tak jakby schodziło ze mnie zmęczenie z całego ostatniego miesiąca. Poza tym schodzi też poprawa, którą miałam w trakcie ciąży. Mam na myśli np. poprawę widzenia. Trochę mi się „miesza” w oczach, wróciły pręgi na lewym oku, czasem czuję ból za gałką. Pęcherz jest w miarę ok, w miarę oznacza, że dalej mam silne nietrzymanie moczu, ale nie mam problemów z opróżnieniem. Ale to jest stary, dobrze znany repertuar, więc przyglądam się temu bez większych emocji.

Jesteśmy teraz przez tydzień z maluchem bez męża. śpimy razem w łóżku i kokosimy do woli :) a poza tym mam wyzwanie, bo wszystko ogarniam przy małym sama łącznie z kąpielami, których na początku się bałam. Taka ze mnie niepełnosprawna super mama ;)

Mamą być

2

Uprawiam już macierzyństwo przez duże eM, mianowicie od kilku dni toczymy bój z kolkami małego. Są dni lepsze i są koszmarne jak np. niedziela, kiedy wył przez 10 godz. w ciągu dnia. Po 2-3 ataki histerii, które trwają kilka godzin. W dzień i w nocy, nie ma reguły. I nic nie pomaga, noszenie, masowanie, kropelki, brzuch jest jak skała. Mi pęka serce i mózg. Kiedy wrzeszczał którąś z rzędu godzinę zwątpiłam, że to wytrzymam. Zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Mam zakwasy całego ciała od noszenia. Miałam myśli, że moje życie właśnie się skończyło, nie dam rady, że zaraz ucieknę, dno i deprecha…

Mały rozwija się super, przybrał równo 1kg od urodzenia, zmienia się bardzo. Został kompleksowo przebadany, jest zdrowy  i nie ma żadnych wskazań do tego, że moje leczenie Tysabri mogło mieć na niego negatywny wpływ.  Jest silnym chłopczykiem, umie sam utrzymać około minuty główkę i już świadomie wodzi wzrokiem za dźwiękiem i ruchem. To naprawdę nieźle jak na 5-tygodniowego noworodka, ale jazda z brzuszkiem jest nie do opisania. Wczoraj zaopatrzyłam się we wszystkie możliwe pomoce do walki z kolkami, włącznie z rurkami do odgazowania, wobec których byłam nastawiona dość sceptycznie na początku. Nie zdążyłam jeszcze nic z tego użyć, bo nagle ból odszedł i wszystko wróciło do normy. I znów się zaczął robić słodkie minki i się uśmiechać i pospaliśmy sobie dziś w nocy, a ja mięknę przy nim kompletnie.

Mój SM nadal w wyciszeniu, ale nie ryzykuje, jutro już jadę do szpitala na pierwszą po porodzie dawkę Tysabri. Mam teraz 4 m-ce przerwy w braniu i jestem bardzo ciekawa jak się będę czuła po powrocie. Marzę, że Tysabri znów da mi takiego kopa jak w 2011 roku, kiedy dopiero zaczynałam leczenie. Przydałyby się dodatkowe siły do noszenia małego, wózka, małego w nosidle, zakupów i wszystkich pozostałych rzeczy, dzięki którym kręgosłup, plecy i ręce bolą coraz bardziej - chciałam to mam :) Macierzyństwo to niezła orka fizyczna.

6

O matko i córko! Znalazłam chwilę na notkę. Chwilę dla siebie. Chwilo trwaj :)

3 tygodnie temu przeżyłam cud narodzin mojego synka i znów mam w życiu rewolucję. Dzień przed porodem wyszedł ode mnie fachowiec, który jeszcze kończył kłaść płytki na balkonie. Wszystko na ostatnią chwilę. Kiedy dostałam bóli, wydawało mi się, że to tylko skurcze przepowiadające i po prostu przemęczyłam się sprzątaniem. Przespałam noc, a rano było już tylko  mocniej i częściej, co nie zmieniło mojego myślenia, że to na pewno NIE TO, no bo w końcu nie odeszły mi żadne wody, ani inne rzeczy, o których była mowa na szkole rodzenia. O 14:30 miałam mieć planową wizytę u swojego gina, uznałam, że on mi wszystko wyjaśni. Tak bardzo chciałam się jeszcze nacieszyć wykończonym mieszkaniem ;)

Do gabinetu ginekologa ledwo weszłam, bo bóle były już całkiem mocne i doktor był zadziwiony, że przyjechałam do niego a nie do szpitala. Miałam mieć cesarkę. Z całą dokumentacją pojechaliśmy rodzić, a raczej ciąć się. Najpierw dostałam burę za to, że nie umówiłam się na cesarkę planową (lekarze mi odradzali), później był problem z miejscem, ale ze względu na zaawansowaną akcję nie mogli mnie odesłać w inne miejsce. W dużym skrócie o 17:50 przyszła położona, która miała asystować przy cięciu, a o 18:23 urodził się już mój synek siłami natury :)))

Jestem tak szczęśliwa, że urodziłam naturalnie, że mogę góry przenosić. Zrobiliśmy wszystkim psikusa i nie zdążyli nas pociąć. Poród i możliwość trzymania dziecka przy sobie tuż po jego urodzeniu to była dla mnie największa nagroda za wszystkie trudy ciąży. Cud, pełnia miłości, obłęd. Wszystko się zmieniło w chwilę. Ta kruszynka w kilka sekund stała się najważniejsza. Nie czułam bólu. Był przy mnie mój mąż, który niesamowicie mnie wspierał. Doszłam do siebie bardzo szybko. Myślę, że ten poród poszedł mi dużo lepiej niż zdrowym kobietom i zbrodnią byłoby, gdyby mieli mnie pociąć. Pomimo poważnych problemów z pęcherzem, spastyczności mięśni dna miednicy (fakt, że w trakcie ciąży spastyka praktycznie ustąpiła) dwa skurcze parte i poszło. Na szczęście Bóg to wszystko poukładał już zawczasu.

Przeżyłam kolejny cud w swoim życiu i jestem tak nakręcona i przepełniona wdzięcznością, że podobno widać to w każdym calu. Mam cudownego syneczka, urodził się zdrowy, piękny, gładki z czarnymi włoskami :) i wszystko jest z nim w porządku. 3150g i 55 cm czystej miłości. I pomimo tego, że spie czasem tylko po 3 godz., ogarniam małego i dom wszystko bez większych problemów.

W naszym dużym pokoju wisi jedna duża dekoracja, prezent od koleżanek z kościoła, słowa Jezusa zapisane w Ewangelii Marka 5,36 Nie bój się, tylko wierz!

Trochę mi wstyd, że moja wiara jest taka mała, w obliczu tak wielkich działań Boga w moim życiu.

idziemy na rekord?

2

54 dni bez Tysabri, jak na razie moje samopoczucie jest świetne. Żadnego osłabienia, tak naprawdę żadnych nasilonych objawów neurologicznych. A w kwestii wzroku i pęcherza widzę jedynie poprawę. Nie pamiętam już kiedy miałam infekcje pęcherza. Ciąża działa jednak cuda. Gdyby nie to, że mam taki wielki brzuch, a przez to wstawanie z łóżka, czy zakładanie butów wymaga często pomocy, zaczęłabym mówić, że jestem zdrowa.

Dużym problemem są dla mnie wahania emocjonalne i bezsenność (chociaż z tym już jest lepiej). Nie wiem czy to kwestia przerwy w leczeniu antydepresantami i wewnętrzna skłonność do melancholii, czy kwestia hormonów ciążowych, a może po prostu sprawa trudnych okoliczności, które towarzyszą mi od początku ciąży? Często płaczę, często się boję, mam poczucie winy. Za często. I to chyba jest dla mnie najtrudniejsze w ostatnim czasie.

Im bliżej rozwiązania tym bardziej się boję. Chciałabym być cieszyć się ciążą, tym stanem oczekiwania na dziecko. Ale siedzenie w domu, zwłaszcza wtedy kiedy nie było pogody, było dla mnie katorgą. Chociaż starałam się wymyślać codziennie, cos co naładowałoby mnie pozytywnie do życia, to i tak czułam się jak kucharka i sprzątaczka i jakoś nie czułam w tym dużego spełnienia. I ta perspektywa, że musze przewartościować swoje życie, bo przecież zaraz będzie ze mną malutki człowiek, któremu poświęcę się całkowicie.

Tylko czy to przewartościowanie przychodzi naturalnie razem z dzieckiem, czy znowu ja sama muszę cos wypracować w swojej głowie?

Razem z moim porodem, moja mama ma wyznaczony termin pobrania szpiku, a zaraz po tym koszmarnie mocna chemia i autoprzeszczep tandemowy. Jej choroba jest bardzo zaawansowana, ma przerzuty. Dodatkowo w sierpniu na 2 tygodnie wyjeżdża mój mąż i zostanę sama z noworodkiem. Mam do niego o to żal, bo mógłby zorganizować się inaczej, ale tego nie zrobi, bo ma inne priorytety. D. wprawdzie obiecał mi, że znajdzie kogoś dla mnie do pomocy, ale zobaczymy czy to dojdzie do skutku. Dobrze, że są przyjaciele, którzy są w razie czego tuż obok, ale to są takie chwile, które chce się spędzić z najbliższą osobą, a nie otaczając się ludźmi z doskoku.

No i jeszcze ta niepewność, jak będzie po porodzie? Czy od razu muszę brać Tysabri, czy dam radę trochę przeciągnąć, żeby pokarmić małego piersią? Trochę ryzyko…


  • RSS