czołem!

3

Kilka razy wpisywałam hasło do bloga, żeby trafić na właściwe. Nie było mnie trochę. I nawet zastanawiałam się, czy jest jeszcze sens publikowania jakiś postów. Blog był mocno związany z chorobą i trudnym czasem, ale z drugiej strony czuję obowiązek społeczny, żeby poinformować Was, że wszystko u mnie ok :) że z SM da się, nawet po 11 latach i różnych przebojach.

Ostatni wpis był w czerwcu tuż przed remontem. A później nastąpiło wielkie TĄPNIĘCIE. Pewien budowlaniec próbował mnie oszukać. Oddał mi zrobione mieszkanie, tylko bez prądu :) bo przebił kabel. Zaczęła się wojna, włącznie z policją i różnymi nieprzyjemnymi akcjami. Z nadmiaru atrakcji dostałam rzutu lipiec/sierpień. Po raz pierwszy miałam podwójne widzenie i oczopląs. Czułam się mocno pogubiona przez to, że wzrok mi latał gdzie chciał. Szpital, sterydy. Sił na walkę z mieszkaniem coraz mniej.

D. i przyjaciele mnie przez to przeprowadzili. Później 1,5 miesiąca byłam na zwolnieniu, a ze wzrokiem problemy ustabilizowały się właściwie niedawno. Odchorowałam mocno to, co się działo. A działo się kilka przełomowych rzeczy – nowe mieszkanie i remont – zmiana systemu w firmie i rozbrajanie mega problemu, który o mało nie wysadził mojej firmy w powietrze – wchodzenie w związek już na poważnie. I część z tych rzeczy jest wspaniałych i dobrych – nic tylko się cieszyć :) ale jak przyszło wszystko na raz to oczka oszalały.

Także niestety dalej mam SM, wolna od rzutów też w 100% nie jestem mimo ciągłego leczenia Tysabri, ale przyjmuję to na klatę i modlę się, żeby Bóg mnie prowadził w tym wszystkim.

Dzisiaj wyszłam po raz pierwszy na rower po 1,5 rocznej przerwie. Zeszły sezon przez atrakcje ze zdrowiem i mieszkaniem poszedł na marne, a tu proszę - od niechcenia 30km za pierwszym podejściem. Chociaż jeszcze mi wszystko drży i dlatego stwierdziłam, że mogę pomarnować więcej czasu przed kompem ;) ale forma nie jest najgorsza.

Moi Drodzy, powoli żegnam się z moim stanem panieńskim :) taaak, stało się, stanęło, nie ma co przeciągać, bo ten pan i ta pani tak bardzo się pokochali i nie ma co przedłużać.

Dużo Wiary Wam życzę, bo ona prawdziwie góry przenosi, do usłyszenia… kiedyś :)

urorehabilitacja – zaczynam eksperyment

5

hej-ho! w poniedziałek 22-06 mam termin odbioru mieszkania. Wohooo! Tyle czekania i nareszcie się zacznie, a właściwie niebawem się skończy – wynajęte mieszkanie, przejściowe naczynia, poczucie tymczasowości.

Mam ostatnio słabszy czas jeśli chodzi o SM. Mamy reorganizacje w firmie, zmiana oprogramowania, która jest wdrażana od lutego, awans od maja i remont w firmie od czerwca. To jest prawdziwe piekło. Ostatnie dwa tygodnie wracałam do domu po 11 godz. pracy. Wiem już, że w moim przypadku to jest nieporozumienie. Zrobiłam się sztywna jak kołek, obolała, źle śpię i każdego ranka mam wrażenie, że nie dam rady się już podnieść.

Czeka mnie trudna rozmowa w firmie. Nie mogę zgodzić się na nadgodziny.

Od dłuższego czasu nasiliły się też problemy z pęcherzem. Znacie to? Przychodzi mega parcie, mam 3 sek na ściągniecie gaci – albo będzie powódź, albo uda się zatrzymać z tym, że zblokuje się wówczas na kilka godzin.

Byłam wczoraj u poleconego lekarza. Facet ma trzy specjalizacje urolog/ginekolog/seksuolog. Wizyta trwała przez 3 godz. żaden lekarz nie poświecił mi nigdy tyle czasu. Miałam wykład z tego jak działają mięsnie dna miednicy, wszystkie zwieracze i pęcherz. Później bardzo szczegółowe badanie. Kompletnie bezbolesne, biorąc pod uwagę fakt, że prawie wywinął mnie na drugą stronę.

Poryczałam się jak bóbr na fotelu lotnika, kiedy dr na kamerze pokazał mi jak chore są moje mięśnie i pęcherz. Lewa strona całkiem spastyczna, nie rozkurcza się, a prawa kompletnie porażona nie reaguje. Zobaczyłam w sobie znów chorobę - poważną chorobę, którą tak często lekceważę pędząc przez życie. I tak bardzo zrobiło mi się siebie żal. I tak bardzo chcę się zająć znów sobą.

Leczyłam się wcześniej urologicznie, ale to leczenie sprowadzało się do zwalczania infekcji, które pojawiają się teraz czasem 2x w m-cu + Prostamnic, po to, żebym w ogóle mogła wysikać się rano.

Co więcej, byłam świadoma, że cos jest ze mną mocno nie tak w tej kwestii, ale w związku z brakiem faceta, kompletnie to zignorowałam. Dla przykładu, żeby cos się zadziało w toalecie muszę napierać rękoma mocno na podbrzusze. Jak się okazało zbyt mocne naciskanie i nieumiejętnie jest bardzo niedobre, bo pod takim ciśnieniem mocz wtłaczany jest z powrotem do nerek i może wywołać poważne zapalenie.

Po powrocie do zdrowia od rozpoczęcia leczenia Tysabri nauczyłam się już chodzić, nauczyłam jeździć na rowerze, trochę biegać, a teraz muszę się jeszcze nauczyć normalnie sikać.

Doktor twierdzi, że jest to jak najbardziej możliwe i przedstawił mi pewną wizję. Przede wszystkim rehabilitacja urologiczna z elektrostymulacją + nauka rozluźniania mięśni. Mam się przygotować na miesiące pracy. Jeśli to się uda, kolejny etap ostrzyknięcie botuliną. Bardzo chcę się tego podjąć, tym bardziej dlatego, że rozluźnienie mięśni i nauka prawidłowego sikania to warunek, żebym utrzymała ciążę. Przy tym co jest teraz dr wróży niestety poronienia :(

A ja coraz bardziej marzę o ślubie z D., upojnym seksie, a później jak się nacieszymy sobą, o dzieciaczku – takim kochanym łobuziaku :)

Ciekawe… może kiedyś?? W końcu marzenia się spełniają.

Z drugiej strony jestem pogodzona z wieloma rzeczami. Obca jest mi kompletnie kampania Fundacji Mamy i Taty „Nie zdążyłam zostać mamą”. Mam 29 lat i dopiero teraz powolutku dojrzewam do tego, że mogłabym opiekować się dzieckiem. Mogłabym obdarzyć je miłością i opieką, poświęcić się dla nowego życia. Nie wolno się z niczym spieszyć.

zdążyłam

przyszła wiosna

1

i wreszcie się zakochałam.  Trochę trzymam to wszystko dla siebie. Nie chwalę się, przeżywam i pielęgnuję to, co mnie spotkało.

Warto było pobyć samej, warto było czekać i trochę pocierpieć.  Mam cudownego faceta. Kocham go i jestem kochana.  To jest ten cud, na który tak bardzo czekałam. Oboje jesteśmy po przejściach i wiemy czego chcemy w życiu.  Bardzo silnie łączy nas świadoma wiara i budowanie relacji z Bogiem. Jesteśmy jednego wyznania. Kocham go za jego wrażliwość, czułość, zdecydowanie, dowcip, troskę, odpowiedzialność. Poza tym fizycznie bardzo mnie kręci, co jest problematyczne przy pewnych postanowieniach :) Poza tym po prostu bardzo się lubimy, jakoś tak normalnie i naturalnie to wszystko się dzieje. To jest facet, który mnie pociąga, ale też po prostu chcę z nim spędzać tak zwyczajnie czas, rozmawiać, być obok.

Tyle elementów na raz tak pięknie się zgrało, nie mogę wyjść z zachwytu. I jestem tak bardzo wdzięczna Bogu. Mam w sobie spokój. Ufam mu. Mam poczucie, że za rok zostanę jego żoną. Nagle zaczęło się dla mnie zupełnie nowe życie. We dwójkę. Czasem mam takie momenty, że nie wiem jeszcze jak to poukładać. Siła przyzwyczajenia do decydowania tylko o sobie daje się we znaki. Lubię tą swoją wolność, przyzwyczaiłam się do niej, ale teraz jesteśmy my. I chcę z tego zrezygnować, chcę nauczyć się być razem z nim.

Przeprowadził się już do mojego miasta, a jeszcze miesiąc temu dzieliło nas 470km. Szybko podjął decyzję, bardzo mi zaimponował, bo zaryzykował. Wie czego chce i to pokazuje. Jest zaradny, jest kochany.

Wczoraj byłam na podaniu leku. 4 lata temu w maju 2011r. zaczęłam leczenie Tysabri. Nie wiem po której jestem dawce, ale 50 wlewów na pewno już przekroczyłam. Zawsze jeździłam na podania leku sama. Zaczęło to być dla mnie sporym wysiłkiem ostatnio. Cyrk w szpitalu jest nieziemski. Najpierw na oddział po skierowanie, później  na przyjęcia planowe do budynku oddalonego o 0,5km pod górę, tam kolejka, później znów na oddział i czekanie na podanie. Do tego jeszcze walka o miejsce parkingowe i najczęściej długi spacer od i do samochodu. On chce być ze mną jak tylko może. Był wczoraj. Mogłam się o niego oprzeć, przysnąć. I przez całą godzinę kroplówki mnie głaskał. I poczułam się jak w niebie :) schodzi ze mnie ciśnienie, nie muszę być już Zosią-samosią. Oprócz ulgi i błogości wychodzi ze mnie też potężne zmęczenie. Czuję całe dwa lata walki o siebie w każdej części mnie. Bolą mnie mięsnie, szybko się męczę. Pozwoliłam sobie być słabsza, bo jest on, bo przy nim jestem bezpieczna. Za miesiąc odbieram klucze i zaczynam wykańczanie mieszkania. Tak dużo się dzieje. Wierzę, że wrócę jeszcze do lepszej formy, będę silniejsza, ale teraz jest właśnie tak i wcale nie jest mi z tym źle.

nowe idzie :)

2

coraz dłuższy dzień, inne powietrze, inne niebo, zaczynam spacerować i przeczuwam duże, realne zmiany. Właściwie część z nich już się zadziała, chociaż na razie w sferze prawno-papierkowej. W styczniu nabyłam chatę :)!! W dniu moich 29tych urodzin podpisałam cyrograf na 30lat. Chyba zaczęło się dorosłe życie. Dawałam sobie czas do 30stki, ale ostatnio coraz częściej zaczynam myśleć o sobie już jako o kobiecie, nie dziewczynie.

Walka o to mieszkanie trwała od czerwca 2014r. I udało się, bez poręczycieli, bez żadnych kombinacji, chociaż przećwiczyli mnie bardzo mocno jeśli chodzi o potwierdzanie zdolności kredytowej. Przed wakacjami dostanę klucze i zacznie się prawdziwa wojna wykończenie mieszkania. Jak mam być szczera nie wiem czy starczy mi kasy. Musiałam zwiększyć wkład własny, tego bank zażądał tym samym mam znacznie mniej na wykończenie. Będzie zrobiony porządnie kibel i wystarczy ;) mieszkałam w sutenerze, teraz mogę dla odmiany wprowadzić się w beton. Zrobię porządnie łazienkę, podłogi, przez jakiś czas mogę jeść w pracy/na mieście, spać na podłodze, pomywać w umywalce, byleby już być na swoim.

Równolegle z mieszkaniem poznałam D. Po prawie dwóch latach od rozstania z byłym jestem w nowym związku. To wczesne początki, poznajemy się, staram się nie snuć wizji, chociaż ciężko tego nie robić, skoro poznajemy się w określonym celu. On jest facetem, który poważnie szuka drugiej połowy. Żadnych zabaw, żadnego owijania w bawełnę. Bardzo otwarcie rozmawiamy o wielu rzeczach. Jest po przejściach, tak jak ja. Chyba nas to trochę zbliża. Chociaż to jeszcze wcale nie jest gwarancją happy endu. Zadziało się COŚ. Kliknęł0, tak jak nie klikało wcześniej. A co najważniejsze – to jest wierzący facet w dodatku mojego wyznania!

Podobno się zmieniłam. Jestem bardziej spokojna, wyważona, łagodna i uśmiechnięta. Czy tak się czuję ;)? Chyba nie do końca. Dzieje się dużo na raz. Brakuje mi czasu i czuję się na okrągło zmęczona. Standard.

nowy rok, stary rok

0

no to weszliśmy w 2015. Plany, oczekiwania, strategie… nie!! Mam wstręt, bronię się przed tym. Plan na ten rok jest taki, żeby za dużo nie planować. Żeby było więcej luzu i spokoju, żeby było więcej mnie w tym wszystkim. Zupełnie inaczej niż rok temu, kiedy lista była długa. I reżim w ciągu roku też był straszny. Śmieszne, bo prawie wszystko, czego pragnęłam na 2014 dzięki Bogu, udało się zrealizować. Zaskakujące, bo dostałam więcej niż chciałam, niż byłam w stanie wymyślić. Poza jedną rzeczą, dla mnie najbardziej kluczową. Gdzieś tam w sercu pojawia się nadzieja, to może właśnie to przejdzie na 2015?? Nie… nie chcę tego robić, wykręcać Bogu rękę. Daj proszę daj. Już nie mam siły.

Końcówka roku była ciężka. Ten grudzień to chyba jeden z najgorszych miesięcy mojego życia. Chwilę po ostatnim wpisie miałam wypadek. Wjechał we mnie TIR, uderzyłam w drugi samochód. Jak na rozmiary zniszczeń praktycznie nic mi się nie stało. Standardowy uraz karku od uderzenia w zagłówek parę razy, plus mega szok. Przez tydzień miałam duże trudności z mówieniem i koncentracją. Potworne uczucie pustki w głowie. Od ucha do ucha hulał tam wiatr. Stan niemocy i przerażenia, że tak mi już zostanie.

Kilka sekund i życie się zatrzymuje. Ja tego zatrzymania potrzebowałam bardzo. Kocham swoją pracę, kocham tempo życia, ale muszę pogodzić się z tym, że nie dorównam swoim oczekiwaniom o sobie.

Wróciłam z Sylwestrowego wyjazdu. Było tak na luzie jak pragnę, żeby było w 2015. Trzy dni grania w planszówki ze znajomymi, gadania przy kominku, dobrego jedzenia i spania do oporu. Chyba doszłam do siebie jeśli chodzi o nerwy. Wolne do 6.01, cudownie mam jeszcze trochę czasu dla siebie :)

Dobrego 2015 Wam życzę, spokojnego i dużo, dużo zdrówka!

poczta 316

1

dwa miesiące minęło, a tak jakby cała epoka….

Weekend. Leży, śpi, wstaje, coś napisze, kładzie się. Bez sił, bez duszy. Wegetuje. Zachlała. Tak obrzydliwie. Tak do dna. Tak, żeby już nic nie czuć. Ładna, jeszcze młoda, nie głupia, miła i w cholerę pogubiona. W nowej ładnej sukience. Przy ludziach. Na świeczniku. Niewiele dzisiaj pamięta.

Dobij ją, proszę dorżnij. Prosi się o to od dwóch miesięcy. Nie? Robi to sama powolutku. Choroba nie wybacza takich wyskoków. Pracuje po 12 godzin dziennie. Na 3 fronty. Gubi się. Tu obieca, tam zapomni, przekłada, przesuwa, żongluje, ładnie się uśmiecha. Jeszcze jej wybaczają, bo jest lubiana, szalenie kontaktowa i sympatyczna. Bierze na siebie bardzo dużo, nie radzi sobie z odpowiedzialnością. Są pochwały i gratulacje. Są pieniądze. Zaraz będzie katastrofa. Bóg patrzy.

I wielki ból w środku. Ból patrzenia na przyjaciółki w ciąży, ból patrzenia na rodziny. Płacze. Jest wrażliwa, ale szybko to zamraża. Robi to ekspresowo. Później staje się nieprzyjemna, oschła, wymagająca, zimna. Trafia na dziwaków. Egoistów, zawsze jest druga, a może nawet trzecia.

Kobieta bez mężczyzny jest mniej wartościowa. Nie umie stworzyć związku, coś z nią nie tak. A jeszcze jeśli na pierwszy, drugi i trzeci rzut oka niby jej niczego nie brakuje, znaczy, że w środku czai się taka tajemnica o niej, która skreśla wszystko. Lepiej nie podchodź, lepiej ostrożnie, zbyt niebezpieczna.

Ona prosi, żeby to był już koniec. Prosi tak jak w 2011roku.

obcas 7 cm!

4

Mój ostatni miesiąc to randkowe szaleństwo. Spotykam się z zabawnymi i bardziej poważnymi, szarmanckimi i lekko prostackimi, niższymi i wyższymi.

Randki zobowiązują. Sportowe trampki i płaskie półbuty trochę mi ujmują. Chodziły za mną buty na obcasie. 6 lat takich nie nosiłam. Odważyłam się przymierzyć w sklepie. Hmmm…. poruszałam się topornie. Z kulami to i owszem, albo z kimś pod rękę, ale nie do końca o to chodzi ;) Było ciężko. Może dlatego, że mierzyłam wąski obcas 11cm?

Po wielu poszukiwaniach trafiłam na wariant optymalny – sztybelty na 7 cm stabilnym obcasie. +10 do kobiecości. Chodzę w nich pewnie i stabilnie. Cholernie dobrze się poczułam.

Moje randki nie dają niestety nadziei na coś poważnego. Chociaż w pierwszej chwili za każdym razem widzę już siebie w białej sukience i wyobrażam sobie naszą rodzinę – żeby nie było jestem bardzo powściągliwa, nie daję po sobie tego poznać – to niestety bardzo szybko nadzieja siada. Ale ponieważ brakuje mi bliskości i jakiejś adoracji, bezsensownie marnuje z nimi mój cenny czas.

Czego oni chcą? Przyjemności, poznania od fizycznej strony. Kawka, kolacja, może kino i przechodzimy do dzieła… A z tym jest u mnie problem. Chcę budować bliskość, zrozumienie, ale sama też chcę trochę czułości i namiętności. Czuję się śmieszna ze swoim pragnieniem białego związku do ślubu. Zaczynam je podważać w swojej głowie, wątpić. Konflikt wartości. Nic się z tym nie zrobi. Poznaję ich głównie przez Internet, więc może nie powinnam się dziwić, to co najlepsze, dawno zajęte.

 Szukałam już wszędzie, przede wszystkim w kościele, później strony chrześcijańskie. Nuda. Twierdzę, że pomagam szczęściu w ten sposób. Chyba niestety nieszczęściu. 7 lat z byłym powinno mnie czegoś nauczyć.

Mam w głowie bardzo silny głos Boga, wiem, że się zapędzam, wiem, że dla Niego to żaden problem, żeby dać mi bożego męża i że wszystko w swoim czasie. Z jakiś przyczyn go nie mam. Moja świadomość jest bardzo duża, ale pożądanie i temperament mam równie wielki. Już trochę namiętności było. Odlot, ale gdzieś to stopuje, jeszcze jestem w stanie. Jeśli skończy się łóżkiem, to będzie moje duchowe dno. Wiem też, że jeśli przegnę, zabije w sobie coś bardzo dobrego. Bóg daje wolny wybór, ale nie błogosławi, jeśli z premedytacją wybieramy źle. Tak jak Izrael, dostał tyle szans i ładował się dalej w bałwochwalstwo, nierząd, bratanie się z poganami, aż znów trafili w niewolę. Sami się o to prosili.

Piszę to tutaj dlatego, żeby pokazać, że to, że jestem chrześcijanką nie oznacza, że takich problemów nie mam. Nie jestem wycofana z życia, moja wiara mnie nie wykastrowała – chociaż tak byłoby mi dużo lżej w życiu… Chcę mieć faceta, dom, dziecko. Chcę się nimi opiekować, chcę, żeby opiekował się mną. Mam potrzeby, duchowe, emocjonalne, fizyczne, chyba niestety ponad przeciętnie rozwinięte i to jest dla mnie cholerna duchowa walka ze sobą codziennie.

Wycisza mnie to

siostrunie :)

1

Dokładnie za tydzień zamieszkam z moją siostrą, studentką farmakologii. Mieszkałyśmy ze sobą tylko przez 1,5 roku, jak ona była malutka. Jest ode mnie dużo młodsza. Miałam 11 lat jak rodzice się rozwiedli, poprosiłam wtedy, żeby mieszkać z dziadkami. Nie chciałam mieszkać z matką, przerażała mnie. Ona została z moją mamą. Dużo nas dzieli, bo tak naprawdę wychowałyśmy się w dwóch różnych domach i wśród ludzi, którzy byli do siebie wrogo nastawieni. Z drugiej strony jest między nami bardzo silna więź i duże zrozumienie w kwestiach rodzinnych, ale też ten cholernie ciężki bagaż trudnych doświadczeń…

Zależy mi na tym, żeby to był dobry czas budowania relacji, bliskości, przetrawienia trudnych kwestii razem. To jest idealny moment na to. Poukładałam sobie życie po rozstaniu z byłym, mieszkam sama, a ona też potrzebuje lokum. Tak naprawdę obie sobie pomożemy. Mi brakuje kogoś obok. Nie chcę już mieszkać sama i pomimo pewnych obaw, naprawdę cieszę się z tego!

Siostra ma za sobą też bardzo trudny okres. Tak jak ja zachorowałam w momencie wejścia w dorosłość, tak i jej wywaliło przy 18stych urodzinach kilka bardzo poważnych zaburzeń – nerwica lękowa, ortoreksja i zaburzenia hormonalne. Ma obsesje na punkcie zdrowego odżywiania się, obciążających ćwiczeń fizycznych, do tego dochodzi niesamowita potrzeba kontrolowania wszystkiego. Stany bezsenności – to będziemy sobie razem siedzieć po nocach… to tak w skrócie. Oprócz tego jest ciepłą, wrażliwą i kochaną dziewczyną. Nieśmiałą i skromną, poukładaną.

Wiem z czego to się bierze, dużo już rozumiem i rozpoznaje jeśli chodzi o emocje i psychikę, ale nie łudzę się, że pewne rzeczy nie będą mnie ruszać.

Poza tym dużo się dzieje. Pracuję nad nowym projektem dla ludzi chorych na SM. Dołączyli nowi, fajni ludzie, którym chce się też coś bezinteresownie zrobić dla innych. Dostałam zastrzyk energii :)

W czwartek czeka mnie kawa z kolegą singlem. Fajnie, od lipca nie miałam żadnego takie wyjścia. Chociaż już się chyba na nic nie nastawiam…

A SMowo? Jestem już chyba w okolicach 40 dawki Tysabri, straciłam rachubę. Badała mnie w zeszły piątek doktor, z którą nie miałam kontaktu przez pół roku. Uważa, że jest lepiej jeśli chodzi o mobilność. Za to trochę siadła mi koncentracja i koordynacja – tego doktor nie stwierdziła, to jest moja obserwacja po ostatnich 3 tygodniach rozkojarzenia i roztrzepania. Męczące. Zapominam, gubię, nie ogarniam. Myślę, że to przejdzie. Na pewno przeszłoby przy jakimś odpoczynku. Urlop? Kurcze, kiedy to było. Znów by mi się przydało jakieś oderwanie. A faktycznie, jeśli chodzi o moje możliwości fizyczne, to jestem zadowolona :)

wolny elektron

3

To był mój najlepiej wykorzystany urlop w życiu. Tydzień na rowerach. W te upały było ciężko. Zwłaszcza w terenie, w którym jedzie się góra-dół-góra-dół i w obszarze 20km nie ma żadnego sklepu. Kąpałam się w najfajniejszych jeziorach Polski :)
Hańcza wygrywa. Wyjątkowa przejrzystość wody i klimat. Kocham Polskę w taką pogodę, kocham wschód, Mazury i Suwalszczyznę i Podlasie.

Zaraz po rowerach był szybki wypad do Brukseli. A następnego dnia po powrocie przeprowadzka. Jak na razie do kolejnego wynajmowanego mieszkania. Na swoje M2 muszę poczekać do czerwca 2015.

Przeprowadzka planowana i znienacka w tym samym budynku, tylko piętro wyżej. Awans społeczny. Myślałam, że to będzie takie nic. Że będę nosić po jednej szklance i tego nie poczuję. Bardzo się myliłam :)

Przy takich operacjach jestem pedantyczna. Wszystko ma pachnieć, olśniewać czystością, razić po oczach! Zajechałam się fizycznie. Później były 2 dni świętowania i grillowania ze znajomymi.

Warto było pomieszkać w suterenie 1,5 roku, żeby teraz tak się cieszyć z nowego mieszkania :) Niesamowite uczucie. Nie chce mi się wychodzić z domu.

Inna sprawa, że na wychodzenie chwilowo nie mam za dużo siły, aktualnie boli mnie wszystko, mam takie skurcze w nogach, że wyrywa mnie z łóżka w nocy. Ale jest satysfakcja dla mnie warta każdego wysiłku.

Kryzys w rodzinie. Przeżywam po raz tysiąc pięćsetny odrzucenie, bo nie zgadzam się z postawą mojego ojca. Wiecznej ofiary, która dzwoni, tylko wtedy kiedy ma ochotę się pożalić. Moje życie go nie interesuje. Ja sobie przecież świetnie radzę, więc nie ma się czym interesować.

Nie dorósł do bycia ojcem, chociaż już stał się dziadkiem. Wstawiłam się za młodszą siostrą, którą zlewa chyba jeszcze mocniej ode mnie i na którą nie chce łożyć. Załamał mnie swoją postawą. Nie poczuwa się.

Boli w jaki sposób o mnie mówią. Przypisywane mi są najgorsze cechy. Okrutna, podła, seria wyzwisk. Spiskowe teorie, z którymi nie mam zbyt wiele wspólnego. I on – biedny, wyjątkowy, ofiara szeregu nieszczęśliwych zdarzeń, niezależnych od niego. Płynie z prądem i nie ma wpływu na swoje życie. Choruję jak słyszę coś takiego.

Nie mam wsparcia ani w matce, ani w ojcu. Kiedyś miałam w dziadkach, ale to już też przeszłość. Źle mi z tym, ale już mi się nie chce reanimować czegoś, co i tak zupełnie nie działa. Odpuszczam tak jak odpuściłam mój związek z byłym.

Może tak ma być, że jestem takim wolnym elektronem?
Bez rodziny, bez faceta. Przyjaciół mam dobrych, o!
No i Boga najlepszego :)

 

IMG_0190IMG_0240

 

refleksje

2

Nie spóźniasz się,
Nie spieszysz się,
Przemieniasz serca doskonale…

Czas wzruszenia, czas refleksji. Zmian.

Boli mnie trochę serduszko. Wciąż czekam na tego mojego kochanego, jedynego, któremu będę mogła zaufać. I najczęściej radzę sobie z tym czekaniem bardzo dobrze, ale nie dzisiaj….

Dzieją się inne rzeczy. Kupiłam samochód, znalazłam mieszkanie, jestem w trakcie załatwiania kredytu. To wszystko, co przed chwilą było dla mnie nieosiągalne, staje się. To też kiedyś musi nastąpić. To przychodzi całkiem łagodnie. Moje życie się zmienia.

Ciekawe, kiedy nastąpi to, na czym najbardziej mi zależy…?


  • RSS