co mi w głowie piszczy?

5

coraz pewniej czuję się z w nowej roli. Synek zmienia się w rozkosznego niemowlaczka. Mamy pierwsze świadome uśmiechy i czuję jak mi serce rośnie, jak się przy nim rozpływam. Kolki ustąpiły i budujemy sobie naszą nową rzeczywistość. Sporo wychodzimy, mały lubi jeździć w samochodzie, więc pierwsze wypady na Kaszuby i Półwysep Helski już za nami :)

Jestem po pierwszej dawce Tysabri. Nie przeżyłam zwyżki mocy, na którą liczyłam przy ostatnim wpisie. Kroplówa spłynęła, a jeśli chodzi o moją formę, kolejne dni są dość podobne do poprzednich. W szpitalu odebrałam wyniki rezonansu, mam dwie nowe zmiany w mózgu jedna 5,5mm druga 3,5mm, więc niewielkie, ale to niestety dowód, że choroba jest cały czas aktywna i była w trakcie ciąży. 4-miesięczna przerwa w Tysabri sprawiła, że cos tam się zadziało. Ogromnie cieszę się, że mogłam leczyć się do 6 m-ca ciąży. Obawiam się, że w moim przypadku dłuższa przerwa w leczeniu oznaczałaby dużą aktywność choroby i utratę sprawności.

Obie zmiany w mózgu są aktywne, ale doktor twierdzi, że kolejne dawki Tysabri powinny wyciszyć proces zapalny. Co ważne, nie mam nowych objawów neurologicznych, także nie biorę na razie sterydów.

Od dwóch dni śpimy po 9 godzin! Oczywiście noc jest co 3 godz. przerywana na karmienie, ale mały tuż po opróżnieniu butli zamyka oczy, podnosi łapki i odpływa w krainę mlecznych snów. I tak obłędnie pachnie niemowlaczkiem… aaa, jest do zjedzenia ;)

Ja pomimo tego wyspania czuję się wyczerpana fizycznie, tak jakby schodziło ze mnie zmęczenie z całego ostatniego miesiąca. Poza tym schodzi też poprawa, którą miałam w trakcie ciąży. Mam na myśli np. poprawę widzenia. Trochę mi się „miesza” w oczach, wróciły pręgi na lewym oku, czasem czuję ból za gałką. Pęcherz jest w miarę ok, w miarę oznacza, że dalej mam silne nietrzymanie moczu, ale nie mam problemów z opróżnieniem. Ale to jest stary, dobrze znany repertuar, więc przyglądam się temu bez większych emocji.

Jesteśmy teraz przez tydzień z maluchem bez męża. śpimy razem w łóżku i kokosimy do woli :) a poza tym mam wyzwanie, bo wszystko ogarniam przy małym sama łącznie z kąpielami, których na początku się bałam. Taka ze mnie niepełnosprawna super mama ;)

Mamą być

2

Uprawiam już macierzyństwo przez duże eM, mianowicie od kilku dni toczymy bój z kolkami małego. Są dni lepsze i są koszmarne jak np. niedziela, kiedy wył przez 10 godz. w ciągu dnia. Po 2-3 ataki histerii, które trwają kilka godzin. W dzień i w nocy, nie ma reguły. I nic nie pomaga, noszenie, masowanie, kropelki, brzuch jest jak skała. Mi pęka serce i mózg. Kiedy wrzeszczał którąś z rzędu godzinę zwątpiłam, że to wytrzymam. Zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Mam zakwasy całego ciała od noszenia. Miałam myśli, że moje życie właśnie się skończyło, nie dam rady, że zaraz ucieknę, dno i deprecha…

Mały rozwija się super, przybrał równo 1kg od urodzenia, zmienia się bardzo. Został kompleksowo przebadany, jest zdrowy  i nie ma żadnych wskazań do tego, że moje leczenie Tysabri mogło mieć na niego negatywny wpływ.  Jest silnym chłopczykiem, umie sam utrzymać około minuty główkę i już świadomie wodzi wzrokiem za dźwiękiem i ruchem. To naprawdę nieźle jak na 5-tygodniowego noworodka, ale jazda z brzuszkiem jest nie do opisania. Wczoraj zaopatrzyłam się we wszystkie możliwe pomoce do walki z kolkami, włącznie z rurkami do odgazowania, wobec których byłam nastawiona dość sceptycznie na początku. Nie zdążyłam jeszcze nic z tego użyć, bo nagle ból odszedł i wszystko wróciło do normy. I znów się zaczął robić słodkie minki i się uśmiechać i pospaliśmy sobie dziś w nocy, a ja mięknę przy nim kompletnie.

Mój SM nadal w wyciszeniu, ale nie ryzykuje, jutro już jadę do szpitala na pierwszą po porodzie dawkę Tysabri. Mam teraz 4 m-ce przerwy w braniu i jestem bardzo ciekawa jak się będę czuła po powrocie. Marzę, że Tysabri znów da mi takiego kopa jak w 2011 roku, kiedy dopiero zaczynałam leczenie. Przydałyby się dodatkowe siły do noszenia małego, wózka, małego w nosidle, zakupów i wszystkich pozostałych rzeczy, dzięki którym kręgosłup, plecy i ręce bolą coraz bardziej - chciałam to mam :) Macierzyństwo to niezła orka fizyczna.

6

O matko i córko! Znalazłam chwilę na notkę. Chwilę dla siebie. Chwilo trwaj :)

3 tygodnie temu przeżyłam cud narodzin mojego synka i znów mam w życiu rewolucję. Dzień przed porodem wyszedł ode mnie fachowiec, który jeszcze kończył kłaść płytki na balkonie. Wszystko na ostatnią chwilę. Kiedy dostałam bóli, wydawało mi się, że to tylko skurcze przepowiadające i po prostu przemęczyłam się sprzątaniem. Przespałam noc, a rano było już tylko  mocniej i częściej, co nie zmieniło mojego myślenia, że to na pewno NIE TO, no bo w końcu nie odeszły mi żadne wody, ani inne rzeczy, o których była mowa na szkole rodzenia. O 14:30 miałam mieć planową wizytę u swojego gina, uznałam, że on mi wszystko wyjaśni. Tak bardzo chciałam się jeszcze nacieszyć wykończonym mieszkaniem ;)

Do gabinetu ginekologa ledwo weszłam, bo bóle były już całkiem mocne i doktor był zadziwiony, że przyjechałam do niego a nie do szpitala. Miałam mieć cesarkę. Z całą dokumentacją pojechaliśmy rodzić, a raczej ciąć się. Najpierw dostałam burę za to, że nie umówiłam się na cesarkę planową (lekarze mi odradzali), później był problem z miejscem, ale ze względu na zaawansowaną akcję nie mogli mnie odesłać w inne miejsce. W dużym skrócie o 17:50 przyszła położona, która miała asystować przy cięciu, a o 18:23 urodził się już mój synek siłami natury :)))

Jestem tak szczęśliwa, że urodziłam naturalnie, że mogę góry przenosić. Zrobiliśmy wszystkim psikusa i nie zdążyli nas pociąć. Poród i możliwość trzymania dziecka przy sobie tuż po jego urodzeniu to była dla mnie największa nagroda za wszystkie trudy ciąży. Cud, pełnia miłości, obłęd. Wszystko się zmieniło w chwilę. Ta kruszynka w kilka sekund stała się najważniejsza. Nie czułam bólu. Był przy mnie mój mąż, który niesamowicie mnie wspierał. Doszłam do siebie bardzo szybko. Myślę, że ten poród poszedł mi dużo lepiej niż zdrowym kobietom i zbrodnią byłoby, gdyby mieli mnie pociąć. Pomimo poważnych problemów z pęcherzem, spastyczności mięśni dna miednicy (fakt, że w trakcie ciąży spastyka praktycznie ustąpiła) dwa skurcze parte i poszło. Na szczęście Bóg to wszystko poukładał już zawczasu.

Przeżyłam kolejny cud w swoim życiu i jestem tak nakręcona i przepełniona wdzięcznością, że podobno widać to w każdym calu. Mam cudownego syneczka, urodził się zdrowy, piękny, gładki z czarnymi włoskami :) i wszystko jest z nim w porządku. 3150g i 55 cm czystej miłości. I pomimo tego, że spie czasem tylko po 3 godz., ogarniam małego i dom wszystko bez większych problemów.

W naszym dużym pokoju wisi jedna duża dekoracja, prezent od koleżanek z kościoła, słowa Jezusa zapisane w Ewangelii Marka 5,36 Nie bój się, tylko wierz!

Trochę mi wstyd, że moja wiara jest taka mała, w obliczu tak wielkich działań Boga w moim życiu.

idziemy na rekord?

2

54 dni bez Tysabri, jak na razie moje samopoczucie jest świetne. Żadnego osłabienia, tak naprawdę żadnych nasilonych objawów neurologicznych. A w kwestii wzroku i pęcherza widzę jedynie poprawę. Nie pamiętam już kiedy miałam infekcje pęcherza. Ciąża działa jednak cuda. Gdyby nie to, że mam taki wielki brzuch, a przez to wstawanie z łóżka, czy zakładanie butów wymaga często pomocy, zaczęłabym mówić, że jestem zdrowa.

Dużym problemem są dla mnie wahania emocjonalne i bezsenność (chociaż z tym już jest lepiej). Nie wiem czy to kwestia przerwy w leczeniu antydepresantami i wewnętrzna skłonność do melancholii, czy kwestia hormonów ciążowych, a może po prostu sprawa trudnych okoliczności, które towarzyszą mi od początku ciąży? Często płaczę, często się boję, mam poczucie winy. Za często. I to chyba jest dla mnie najtrudniejsze w ostatnim czasie.

Im bliżej rozwiązania tym bardziej się boję. Chciałabym być cieszyć się ciążą, tym stanem oczekiwania na dziecko. Ale siedzenie w domu, zwłaszcza wtedy kiedy nie było pogody, było dla mnie katorgą. Chociaż starałam się wymyślać codziennie, cos co naładowałoby mnie pozytywnie do życia, to i tak czułam się jak kucharka i sprzątaczka i jakoś nie czułam w tym dużego spełnienia. I ta perspektywa, że musze przewartościować swoje życie, bo przecież zaraz będzie ze mną malutki człowiek, któremu poświęcę się całkowicie.

Tylko czy to przewartościowanie przychodzi naturalnie razem z dzieckiem, czy znowu ja sama muszę cos wypracować w swojej głowie?

Razem z moim porodem, moja mama ma wyznaczony termin pobrania szpiku, a zaraz po tym koszmarnie mocna chemia i autoprzeszczep tandemowy. Jej choroba jest bardzo zaawansowana, ma przerzuty. Dodatkowo w sierpniu na 2 tygodnie wyjeżdża mój mąż i zostanę sama z noworodkiem. Mam do niego o to żal, bo mógłby zorganizować się inaczej, ale tego nie zrobi, bo ma inne priorytety. D. wprawdzie obiecał mi, że znajdzie kogoś dla mnie do pomocy, ale zobaczymy czy to dojdzie do skutku. Dobrze, że są przyjaciele, którzy są w razie czego tuż obok, ale to są takie chwile, które chce się spędzić z najbliższą osobą, a nie otaczając się ludźmi z doskoku.

No i jeszcze ta niepewność, jak będzie po porodzie? Czy od razu muszę brać Tysabri, czy dam radę trochę przeciągnąć, żeby pokarmić małego piersią? Trochę ryzyko…

Ostatnie Tysabri przed

4

Od wczoraj jestem daleko od domu, w luksusowym jak na moje trójmiejskie doświadczenia, szpitalu w którym po raz ostatni przed rozwiązaniem przyjmuję Tysabri. Czuję się bardzo dobrze, dawki wchodzą we mnie jak woda. Ale faktem jest, że po 6 tygodniach przerwy (w ciąży przyjmuje lek co 6 tyg) czuję małe podgryzanie neurologiczne. Minimalnie, ale lewa strona jest jakby słabsza, nogi wierzgają w nocy, równowaga też trochę słabsza. Teraz muszę wytrzymać ok. 14 tygodni bez leku i bez rzutu naturanie :) ciekawe jak będzie? Jestem bardzo spokojna, doktor który jest dla mnie wielkim autorytetem w SM, poświęcił mi wczoraj sporo czasu, zepewnił, że co by się nie działo, będziemy szybki reagować i nawet jeśli byłyby konieczne sterydy w 3 trymestrze to mam się nie bać. Dla małego nie będą szkodliwe, a wręcz przyspieszą rozwój jego płuc (sterydy podaje się również w momencie, kiedy ma wystąpić wcześniejszy poród, żeby układ oddechowy noworodka szybciej dojrzał). Same korzyści z tego chorowania ;)

A tak na poważnie bardzo liczę na to, że ten ostatni trymestr będzie dla mnie łaskawy. Podobno wtedy jest najmniejsza aktywność choroby, wiec żdanych rzutów proszę.

Zapadła też decyzja o tym jak mam rodzić i idę jednak w cesarkę. Doktor mówi, że ma dużo więcej problemów z pacjentkami po porodach siłami natury, niż z tymi po cięciu. Ba, nawet miałam rozmowę z psychologiem w tej sprawie, która też była za tym, żebym redukowała stres. Mam tylko nadzieję, że uda mi się trochę pokarmić piersią małego, póki jeszcze nie będę z powrotem na Tysabri, żeby chociaż trochę przeciwciał dostał.

Poza tym mam burzę hormonów, cały tydzień przepłakany. Nawet głupie wiadomości, w których mówią o czyjejś traumie wywołują u mnie szloch. Nie lubię siebie takiej, kojarzy mi się to z epizodami depresji.

Wiem, że moje życie zaraz wywróci się do góry nogami. Boję się bardzo silnego zmęczenia i że w naszym małżeństwie będzie inaczej, że dziecko nas oddali. Aż mi głupio to pisać, ale mam w głowie takie myśli. Na szczęście gdzieś rozmawiając z dziewczynami, wiem że nie jestem w tym odosobniona. Z jednej strony czułam się bardzo gotowa na bycie mamą, a z drugiej im bliżej tego momentu, tym więcej obaw… prawda jest też taka, że na tym zwolnieniu mam za dużo czasu na myślenie :)

komu w duszy wiosna gra?

1

Czekam na jakieś ocieplenie klimatu, zwiastun lepszego czasu. Oj czekam z utęsknieniem. Jest pewien postęp, kalendarzowo wchodzimy w nową porę roku, a za tym w końcu pójdą kolejne zmiany.

Jestem już całkiem duża +6kg, chociaż moje dziecię waży dopiero 1 kg. Taki mały, a taki silny, widać wyraźnie jak kopie, brzuch mi podskakuje. Mam wrażenie, że pokazuje mi „mama wypuść mnie stąd”. Synku, nie pchaj się tak szybko na ten swiat. Chociaż wiem, że będziesz moim największym skarbem, radością i miłością, na razie wydaje mi się, że bycie tutaj to jedno wielkie zmaganie – powiedziała nostalgicznie mama zagryzając ogórkiem kiszonym.

I na tym koniec dzielenia się trudami i bólem. Jest go u mnie tak dużo, że mogłabym wylewać bez końca. Dzisiaj będzie czysto SMowo. Wiem, że zagląda tutaj sporo kobiet z SM. Może są wśród Was osoby, które marzą o dziecku? Może są wśród Was dziewczyny po przejściach, które boją się odstawić leczenie i tylko z tego względu rozważają rezygnację z macierzyństwa.

Myślę, że świadomie nigdy nie podjęłabym się próby zajścia w ciążę. Pragnęłam dziecka, ale panicznie boję się też nawrotu choroby i niepełnosprawności. Ten lęk jest tak silny, że byłabym raczej skłonna przekonać siebie, że nie chcę mieć dziecka, niż wypłukiwać z siebie lek i zachodzić w ciąże z nadzieją, że przez najbliższe 9 m-cy SM nie zetnie mnie z nóg.

Nie wiem czy to, co się wydarzyło w moim małżeństwie można nazwać „wpadą” :)? Tak chyba nie wypada mówić w naszym wieku i z naszą świadomością życia. Na pewno nie możemy też powiedzieć o świadomej decyzji o poczęciu.

Wracając jednak do kwestii leczenia.  Przetrzepałam anglo- i niemiecko-języczny Internet w temacie, konsultowałam też decyzję z kilkoma lekarzami, którzy raczej ostrożnie podchodzą do tematu leczenia w trakcie ciąży. Ostatecznie jestem na Tysabri do 29 tygodnia ciąży, przy czym wydłużam przerwy między kolejnymi dawkami do 6 tygodni. To jest podejście zalecane w Niemczech, w Kanadzie i w wielu innych bardziej cywilizowanych krajach niż Polska u kobiet z wysoką aktywnością choroby. W ostatnim trymestrze Tysabri trzeba koniecznie odstawić, bo może wywołać zaburzenia w morfologii.

Wszystkie badania mam na razie w normie. Robiłam prenatalne i ryzyko wystąpienia wad genetycznych mam 1:22000, a więc znikome. Mały rozwija się prawidłowo na to, co możemy zbadać w tej chwili.

Odstawiłam wszystkie pozostałe leki, czyli antydepy, przeciwlękowe (Trittico, dzięki któremu mogłam spać) + na pęcherz (dolegliwości z pęcherzem ustąpiły częściowo w trakcie ciąży, więc tu nie ma bólu). Od 24 tc jestem już na zwolnieniu w pracy, chociaż nie jest tak, że nic nie robię – wciąż mam siły, ale inwestuję je w mamę, przygotowania do przyjścia na świat małego i rehabilitację.

Najciężej jest mi chyba z odstawieniem Trittico, przyjmowałam je na noc od 2014 roku. To był mój wytrych do szybkiego zasypiania i przesypiania całej nocy. Prawdą jest to, że rano ciężko mi się wstawało, zawsze tego snu było za mało, ale zanim zaczęłam je brać nie spałam wcale. Wróciły bezsenne noce po odstawieniu. Teraz już zasypiam, ale sen mam przerywany, nie mogę wypocząć, a tak bardzo chciałabym – na zapas, żeby było na później. Z drugiej strony można powiedzieć, że już hartuje się na bezsenne noce z dzieckiem.

Poza tym ustąpiły trochę problem z pęcherzem, nadal mam nietrzymanie moczu, ale nie jest już tak obfite jak wcześniej. Nie mam też jak na razie infekcji pęcherza, a do niedawna miałam je co miesiąc, po każdym podaniu leku. Także to jest na plus. A teraz kończę pisanie, bo mężu wrócił z pracy i czas dla nas. Wrócę jeszcze do tematu :)

Koniec sielanki

4

jeśli kiedykolwiek był jej początek?

Nie wiem czego Bóg mnie chce nauczyć w życiu, nie wiem czemu ta nauka jest tak brutalna.
Ledwo oswoiłam lęk związany z ciążą i opieką nad noworodkiem (częściowo oswoiłam), a dostałam kolejną wiadomość.

Moja mama ma zaawansowanego szpiczaka mnogiego. Wiem to od dwóch tygodni. Nagle, bez urazu, bez powodu doznała złamania kompresyjnego kręgosłupa w odcinku Th5. Do tego doszedł obłędny ból żeber. Dwukrotnie zabierało ją pogotowie, nie mogła oddychać z bólu. Raz uznali, że wszystko jest ok – nerwica. Drugi raz zatrzymali ją w szpitalu i uznali, że złamanie jest z przyczyny osteoporozy, a po 3 dniach, mimo moich próśb o dalszą diagnostykę, oddali mamę w stelażu do domu. Jak się pani nie chce mamą opiekować to proszę szukać pomocy gdzie indziej – szpital to nie dom pomocy społecznej – usłyszałam.

Osteoporoza w wieku 54 lat? Trochę dziwne, trochę smutne, ale stwierdziłam, że damy radę. Jak to nie damy, my? Wizyta u ortopedy wg zaleceń ze szpitala. W między czasie pogotowie było dwa razy, bo przeciwbólowe nie dawały rady. Oprócz tego na własną rekę robiliśmy badania TK. I tak woziłam mamę ze złamanym kręgosłupem po badaniach… Poszlismy do ortopedy z wynikami i był pierwszy kubeł zimnej wody na głowę – to na pewno nie osteoporoza – to przerzuty raka, trzeba znaleźć zródło.

Drugi kubeł zimnej wody, w żadnym szpitalu nie ma miejsc. Zadzwonimy jak cos się zwolni. Po daleki znajomościach udało się mamę w końcu przyjąć po 2 tygodniach. Trzeci kubeł zimnej wody – uszkodzone są nerki – nie można wykonywać żadnych badań z kontrastem, wkucie centralne i dializy. Czwarty kubeł – diagnoza szpiczak mnogi zaawansowany.

Boli. Tak strasznie boli dlaczego ta diagnoza teraz? Mama tak się cieszy z pierwszego wnuczka, a boję się, że będzie się nim opiekować z góry. Ale ma cel, musi walczyć. Planowałyśmy, że po porodzie zamieszkam z nią na pierwsze dwa miesiące. Chciała zrobić pokój dla małego, chciała mi pomagać. Już wiadomo, że nie będzie mogła. Ma tak przesiane kości w obrębie klatki piersiowej, kręgosłupa, obojczyka, a nawet czaszki, że pewnie nie weźmie go na ręce. Piszę to i łzy ciekną mi ciurkiem.

Mama mówi, że mam się  nie martwić, już nigdy nie będę sama. Będzie ze mną moje malutkie szczęście. Boże… a ja jej nawet nie będę miała jak pomagać, jak będę sama wykończona porodem, albo zaawansowaną ciążą.

Mama ma dom na Kaszubach, kocham to miejsce. Teraz trzeba je szybko sprzedać i kupić cos w miescie, bo jak tu cokolwiek ogarnąć na odległość. Sprzedać szybko dom? Dobre nie… Mama ma męża, który jest nieobecny i nie pomoże. Ja też mam tak samo nieobecnego męża i dlatego tak bardzo jej potrzebowałam. Jestem od dwóch tygodni cieniem siebie.

Gdzieś w środku puszczy

6

Odpoczywamy z siostrą w magicznym miejscu, w środku lasu, przy jeziorze. Jest dobrze i spokojnie. W końcu, bo ostatnio świat stanął do góry nogami. Serce mi urosło, a po chwili mało mi nie pękło z bólu.

Dwie kreski – radość, szaleństwo, wdzięczność, strach, samotność, ból, zmęczenie, pretensje, słabość, brak zrozumienia.

Wszystko się zmienia tak szybko. Czy za szybko? Może, a może wlaśnie w swoim czasie? Nie wiem.

Wiem, że myślałam o tym obsesyjnie, ale gdyby to nie było dla mnie to przecież nie udałoby się , prawda? Będę musiała się zmierzyć ze swoim ciałem i możliwościami. Niebawem odstawiam leczenie i to jest fakt. Chciałabym mieć jakieś dodatkowe wsparcie, tego potrzebuje, a tymczasem tego wsparcia będzie najprawdopodobniej mniej.

Są takie momenty w życiu, przez które człowiek przechodzi całkiem sam i trzeba je wziąć na klatę. Boże proszę bądź ze mną jeszcze bardziej, jeszcze mocniej niż zawsze, bo się boję. Już nie jestem odpowiedzialna tylko za siebie.

ja-żona

4

Ja D. obrałem sobie za żonę Ciebie i ślubuję przed Bogiem oraz w obecności zgromadzonych tutaj  świadków, że będę Cię kochał, dochowam Ci wierności małżeńskiej, będę Cię szanował i pielęgnował w chorobie, nie opuszczę Cię w chwilach szczęścia i nieszczęścia, dopóki nas Pan Bóg przez śmierć nie rozłączy.

Było pięknie, wzruszająco, elegancko i wesoło. Naprawdę nie mogłam sobie wymarzyć lepszego ślubu i wesela, a przede wszystkim męża :D!! Przez kilka dni unosiłam się ponad chodnikami po tym jak stałam się żoną. Bardzo go kocham. Wiem, że to na niego czekałam. Mimo, że dogoniło nas już zwyczajne życie, z pracą, sprzątaniem i gotowaniem na czele – jestem szczęśliwa i spełniona i wiem, że żaden inny mężczyzna nie dałby mi tego.

 

czołem!

9

Kilka razy wpisywałam hasło do bloga, żeby trafić na właściwe. Nie było mnie trochę. I nawet zastanawiałam się, czy jest jeszcze sens publikowania jakiś postów. Blog był mocno związany z chorobą i trudnym czasem, ale z drugiej strony czuję obowiązek społeczny, żeby poinformować Was, że wszystko u mnie ok :) że z SM da się, nawet po 11 latach i różnych przebojach.

Ostatni wpis był w czerwcu tuż przed remontem. A później nastąpiło wielkie TĄPNIĘCIE. Pewien budowlaniec próbował mnie oszukać. Oddał mi zrobione mieszkanie, tylko bez prądu :) bo przebił kabel. Zaczęła się wojna, włącznie z policją i różnymi nieprzyjemnymi akcjami. Z nadmiaru atrakcji dostałam rzutu lipiec/sierpień. Po raz pierwszy miałam podwójne widzenie i oczopląs. Czułam się mocno pogubiona przez to, że wzrok mi latał gdzie chciał. Szpital, sterydy. Sił na walkę z mieszkaniem coraz mniej.

D. i przyjaciele mnie przez to przeprowadzili. Później 1,5 miesiąca byłam na zwolnieniu, a ze wzrokiem problemy ustabilizowały się właściwie niedawno. Odchorowałam mocno to, co się działo. A działo się kilka przełomowych rzeczy – nowe mieszkanie i remont – zmiana systemu w firmie i rozbrajanie mega problemu, który o mało nie wysadził mojej firmy w powietrze – wchodzenie w związek już na poważnie. I część z tych rzeczy jest wspaniałych i dobrych – nic tylko się cieszyć :) ale jak przyszło wszystko na raz to oczka oszalały.

Także niestety dalej mam SM, wolna od rzutów też w 100% nie jestem mimo ciągłego leczenia Tysabri, ale przyjmuję to na klatę i modlę się, żeby Bóg mnie prowadził w tym wszystkim.

Dzisiaj wyszłam po raz pierwszy na rower po 1,5 rocznej przerwie. Zeszły sezon przez atrakcje ze zdrowiem i mieszkaniem poszedł na marne, a tu proszę - od niechcenia 30km za pierwszym podejściem. Chociaż jeszcze mi wszystko drży i dlatego stwierdziłam, że mogę pomarnować więcej czasu przed kompem ;) ale forma nie jest najgorsza.

Moi Drodzy, powoli żegnam się z moim stanem panieńskim :) taaak, stało się, stanęło, nie ma co przeciągać, bo ten pan i ta pani tak bardzo się pokochali i nie ma co przedłużać.

Dużo Wiary Wam życzę, bo ona prawdziwie góry przenosi, do usłyszenia… kiedyś :)


  • RSS